Noc w buszu

Pierwszą noc w Afryce spędziliśmy na pograniczu Parku Krugera w małym, ale uroczym lodge w buszu. Żeby tam dotrzeć musieliśmy jechać długą, czerwoną typową dla Afryki  drogą szutrową. Nawet ona wprawiała mnie w zachwyt, ponieważ gdy słuchałam różnych opowieści o wypalonej słońcem afrykańskiej ziemi zastanawiałam się, czy rzeczywiście jest czerwona i taka właśnie jest, jak rdza…

IMG_17041

Atmosferę i klimat tego miejsca tworzyli zarówno ludzie, z którymi byłam jak i wspaniali gospodarze oraz świadomość, że jestem w Afryce, w środku buszu, że jestem tu i teraz.

DSCN0951

Mieszkaliśmy w maleńkich domkach, chyba trzyosobowych. Uprzedzono nas, że przed położeniem się spać warto sprawdzić czy pod kołdrą lub poduszką nie ma jakiegoś nieproszonego zwierza typu pająk czy jeszcze coś gorszego. Proszę mi wierzyć, że przeszukałam dokładnie 🙂

Wieczór spędziliśmy przy ognisku pod magicznie oświetlonym drzewem. Nadal czuję to ciepłe powietrze…

IMG_1780

Stephenie czyli nasza gospodyni przygotowała dla nas prawdziwą ucztę. Jedzenie było tak pyszne, że mimo późnej pory zjedliśmy wszystko.

SONY DSC

Jadalnia oczywiście też była na świeżym powietrzu…

DSCN0939

Skoro kolacja w buszu przy ognisku to musiał być tzw. Potjiekos.  Czyli potrawa przygotowana w żeliwnym trójnogim kociołku. Garnek ten nazywany jest Potjie co oznacza właśnie „mały garnek”. Sama potrawa w zasadzie nie jest niczym wyjątkowym, można powiedzieć, że zawiera wszystko to co jest w domu 🙂 Ja próbowałam to porównać do naszego gulaszu lub forszmaku, bo na pewno musi być mięso i warzywa. Chodzi chyba bardziej o proces przyrządzania, ponieważ potrawa gotowana jest w garnku wstawionym na wiele godzin do ogniska. Ważna jest tradycja Potjie i wątek historyczny, od dawna wędrowcy podróżujący z Kapsztadu do Johannesburga wozili Potjie i wieczorami całymi rodzinami wyczekiwali przy ognisku, aż potrawa będzie gotowa do spożycia.

IMG_1783

Wyjątkowa atmosfera i wyjątkowi ludzie. W takim miejscu wszystko nadawało niepowtarzalny klimat, nawet Olafa czyli gospodarza gramofon z wielka kolekcją płyt winylowych i sposób w jaki dobierał repertuar. Obiecałam sobie, że gdybym kiedyś jeszcze miała okazję tam wrócić to przywiozłabym mu jakieś polskie płyty.

To fascynujące, że dwoje ludzi mieszka w takim miejscu, mówię o gospodarzach, którzy żyją na odludziu. Co prawda maja tylko 45 km do miasta ale panuje tam atmosfera zupełnego odosobnienia. Zastanawiam się czy ja mogłabym tak żyć. Totalne odludzie, żadnej cywilizacji. Na pewno jest internet i telefony, ale nie ma ludzi, nie ma ulic, miasta, itd. Ale z drugiej strony jest coś więcej, jest dzika przyroda, busz, brak zmartwień i wyścigu … A ludzie, którzy przyjeżdżają zawsze są mili i szczęśliwi, bo przecież są na wczasach 🙂

Chciałabym tam jeszcze kiedyś wrócić 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s