Archiwa kategorii: Między podróżami

nie zagłuszaj szumu lasu

11 kwietnia, niedziela, wiosna.

Od lat zmagam się z depresją i od lat żyłam w mroku. Siły dodawały mi moje psy i podróże do Afryki gdzie czułam się wolna.

Teraz jestem w Polsce, pierwsza wiosna w Polsce od kilku lat. Moje leczenie daje dobre efekty i mimo, że tęsknię za Afryką całą sobą to uczę się dostrzegać życie tu i teraz. W tych trudnych pandemicznych czasach każdy z nas żyje w stałym napięciu. Moja pani psycholog mówi, że jest to życie w traumie. Codziennie boimy się o zdrowie i życie swoje i bliskich, codziennie słyszymy o śmierci, niepewności jutra i zagrożeniu. To jest typowa trauma.

Jednak trzeba żyć. Przede wszystkim dla siebie, ale też dla najbliższych.

W poprzednim wpisie pisałam, że wybrałam życie. Bardzo skupiam się na terapii i na byciu tu i teraz . Pierwszy raz od lat widzę życie. Widzę każdy zielony listek, słyszę każdą nutę wyśpiewaną przez krzątające się przy gniazdach ptaki. Patrzę w niebo i widzę błękit.

Wiele osób zaczyna wiosnę od porządków w szafie. Ja natomiast zaczęłam od porządków w książkach. Przygotowałam książki, które chcę koniecznie przeczytać wiosną i latem.

Aha, przestaję mówić słowo „muszę”. Zastępuję go słowem „chcę”.

Nie, nie jestem zdrowa. Mam mnóstwo lęków, dopadają mnie chwile obniżonego nastroju, popadam w odrętwienia. Depresja będzie ze mną już całe życie. Ale w tej chwili cieszę się z efektów leczenia. I nawet gdyby ta poprawa miałaby trwać tylko kilka dni lub tygodni to ja ją chwytam i trzymam z całych sił.

Nie zagłuszam szumu lasu. Nie udaję, że jest inaczej.

Po prostu jestem TU i TERAZ.

depresja boli

Całkiem niedawno był mrok. Nie mogłam dostrzec nic poza granicę łóżka, czasem domu. Każda czynność, każde najmniejsze zadanie przerażało mnie w tak ogromnym stopniu, że czułam, że umieram. Jakbym była w pułapce bólu i strachu.

Wiedziałam, że życie toczy się obok, całkiem blisko jednak ja budząc się rano odliczałam godziny do końca dnia, kiedy będę mogła znowu zasnąć.

Potrzebuję o tym mówić, pisać, ponieważ wiem, że takich osób jak ja jest coraz więcej. Z zewnątrz wesołe, eleganckie, pełne pasji i pomysłów. Za zamkniętymi drzwiami samotne, przerażone, wyczerpane.

Ile razy człowiek może uśmiechać się gdy słyszy „ale ty masz świetne życie”, „wspaniale sobie radzisz”, jesteś taka młoda wszystko przed tobą”, „a jakie ty możesz mieć stresy, przecież wszystko masz”. Jak długo można udawać?

Miałam wrażenie, że jestem w jakiejś dziwnej grze, których reguł nie rozumiem. Ktoś może za mnie decydować, odpychać mnie i przyciągać kiedy mu pasuje, narzucać mi swoje zdanie lub nawet uzależniać według swoich potrzeb. Nie mogłam za światem nadążyć.

Zapadałam się coraz bardziej.

Jadłam coraz więcej, coraz mniej się ruszałam, nie pamiętałam, że kocham fotografię i ludzi.

Miałam wrażenie, ze jestem w dole i co już prawie wydrapałam się na powierzchnię, ziemia osypywała się i zakopywała mnie głębiej.

Co można komuś takiemu powiedzieć? Jak mu pomóc?

Być. Po prostu być.

Ja już stoję na własnych nogach. Czuje promienie słońca na twarzy i słyszę szczekanie moich szczęśliwych psów. Nawet już potrafię odróżnić śpiew sójki od krzyku szpaka. Czuję smak cytryny i słodycz miodu. Już stoję na własnych nogach.

Oczywiście zdarzają mi się epizody depresji, ona będzie ze mną już zawsze. Jednak coraz bardziej rozumiemy swoje potrzeby. Depresja czasem obejmuje prowadzenie jednak ja już szybko przejmuję kontrolę nad myślami i życiem. Bardzo pomogły mi wie książki i oczywiście terapia.

Wróciłam do pisania i fotografii. To takie piękne uczucie znów widzieć kadry.

Cisza przed burzą

Dziś całą sobą czuję ciszę przed burzą.

Już trzy tygodnie próbujemy ułożyć sobie z Dragiem życie. Życie bez naszej królowej.

Trzy tygodnie temu zabrakło w naszym życiu szczekania, pomrukiwania i tego słodkiego chrapania.

Jak wyglądały te trzy tygodnie? Dziwnie. Niby życie toczy się dalej, a jednak w domu zrobiło się bardzo cicho. Co ciekawe, to Wega nigdy nie była hałaśliwym psem. Wręcz przeciwnie. Od kilku lat była dostojną indywidualistką i szczekanie zostawiała młodzieży czyli Dragowi. A jednak gdy umarła zapadła przejmująca cisza.

Ale to nie jest smutny wpis.

To wpis o życiu. O tendencjach świata. Już tak jest na naszym świecie, że ktoś umiera, żeby urodzić mógł się ktoś.

Wegunia miała piękne życie pełne ogromnej ilości, swobody i psich luksusów, które ona sama ustalała. Przeżyła dwanaście cudownych psich lat. Przedłużanie jej życia byłoby barbarzyństwem. Nigdy nie pozwoliłabym na to. Miała schorowany kręgosłup, który bolał ją okropnie, mimo uśmierzających ból tabletek, masaży czy rehabilitacji. Tak tak, mój pies chodził na masaże i rehabilitacje dwa razy w tygodniu.

Gdy zachorowała na nowotwór i przeszła trudną operację obiecałam jej, że nie pozwolę jej cierpieć ani minuty. Jeśli lekarz powie, że już ból jest ogromny pozwolę jej odejść. I tak się stało.

Zawsze będzie moim światłem, królową i bratnią duszą. Zawsze.

Podczas jednej z sesji z psychologiem ułożyłam piękne stwierdzenie: Wegunia przeżywszy najpiękniejsze z możliwych psich żyć, skończyła je spokojna robiąc miejsce dla innego stworzenia. Po to, żeby teraz inny pies mógł kąpać się w tej niezmierzonej miłości.

Yena, przyszła na świat 4 grudnia 2020, a do mojego serca zupełnie niespodziewanie i nienachalnie jakieś półtora tygodnia temu. Ot koleżanka wstawiła na Facebooka post, ze ktoś ma szczeniaki do oddania. Nie myślałam, że to wiadomość dla mnie. Ja przed chwilą straciłam moją królową i nie chcę innego psa. Ale ona też nie pchała się do mojego domu. Tak po prostu miało być. Nawet nie wiem jak to się stało, że odpowiedziałam na to ogłoszenie. Porozmawiałam, zobaczyłam zdjęcie i wiedziałam, ze będę jej mamą. To tak jak z Wegą, zobaczyłam ją i od razu wiedziałam, że nie chcę żadnego innego psa. Drago w moje serce wkroczył równie zdecydowanie.

Yena po Zulu znaczy Ona.

Jutro będzie z nami w domu.

Przewróci do góry nogami ten nasz bezdzietny, poukładany świat. I ja jestem na to w 100% gotowa.

Dziś całą sobą czuję ciszę przed burzą. Burzą będzie Yena.

Kocham burze, moim zdaniem burza oczyszcza. Przynosi zmianę…

Moje wszystko, wega


Biegnij po lakach kochana, zlap zajaca i kota, ktorego zabranialam ci lapac. Tarzaj sie w wysokiej trawie i kop dziury w ziemi wielkosci basenu, a gdy zmeczysz sie choc to malo mozliwe wygrzej sie w sloncu i napij wody z kaluzy. Bylas najbardziej kochana sunia na swiecie, dawalas radosc, a tesknota jest rozdzierajaca, ale ukojenie daje mysl, ze juz nic cie nie boli. Jestes w sercach nas wszystkich. Spij, biegaj, dogon kota. Zaopiekujemy sie twoim Dragiem.

„To tylko pies..

To tylko pies, tak mówisz, tylko pies…
A ja ci powiem
Że pies to czasem więcej jest niż człowiek
On nie ma duszy, mówisz…
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
A kiedy się pożegnać trzeba
I psu czas iść do psiego nieba
To niedaleko pies wyrusza
Przecież przy tobie jest psie niebo
Z tobą zostaje jego dusza”
B. Borzymowska

jestem zmianą

Jestem zmianą

Ten rok zmienił tak wiele w nas. Czasami a nawet bardzo często czuję, że nic się nie zmienia. kiedy dopada mnie rutyna jestem chora. chodzi nerwowo jak dzikie zwierze w klatce. Często myślę, że nic się nie zmienia. jestem w tym samym miejscu, niewiele się dzieje. I ten wirus, widmo kolejnego lockdown’u. Co zrobię gdy nów pojawią się pełne ograniczenia. Znowu utknę, jakbym stała pod ścianą.

Ależ nie, wcale nie musi tak być.

Codziennie zmieniam się, uczę czegoś nowego. I nawet zamknięta w domu mogę tworzyć rozwijać się, zmieniać. Wystarczy, że myślami wrócę do miejsca, które jest takie jak kiedyś widzę jak długą drogę w życiu przeszłam. Jestem kobietą nie dziewczyną, Amelią nie Amelką. Jestem zmianą.

Pochłaniam książki, piszę dzienniki i blogi. Założyłam własną firmę i od lat nie poddaję się w jej tworzeniu i rozwijaniu. Skończyłam studia z wyróżnieniem i mam ogromną pasję w postaci Afryki. Jestem wielką zmianą.

Każdy z nas zmienia się każdego dnia. Po prostu tego nie zauważa. Trudno jest zatrzymać się i dostrzec jacy byliśmy, a jacy jesteśmy teraz.

Za bardzo gonimy, pędzimy za rzeczami materialnymi, słuchamy głosów o rozwoju o sukcesach. Gonimy za …. no właśnie za czym.

Zmieniamy się. Ja się zmieniam.

Diagnoza

Naczyniak krwionośny mięsakowy charakteryzuje się bardzo agresywnym zachowaniem biologicznym, z wczesnym i częstym występowaniem rozsiewu ogólnoustrojowego ( w tym przerzutów do płuc i prawego przedsionka). Rokowania po resekcji naczyniakowmięsaków śledziony u psów jest złe, z okresami przeżycia do trzech miesięcy. Gorzej rokują te przypadki, w których w momencie rozpoznania stwierdzono krwiobrzusze i pacjent trafił do lecznicy z objawami zapaści naczyniowej. 

Tak Wega tak trafila do lecznicy. Od operacji minęło 18 dni.

Diagnoza Wegi mnie zmiażdżyła

Nie mogę spać. W zasadzie od 9 dni prawie nie śpię.

Od ostatniego postu minęło 14 dni. Dwa tygodnie, niby nie długo, ale dla mnie wieczność. Opisywałam ogromny ból i strach. On jest nadal. Pewnie o tym opowiem, bo to jest we mnie, ale teraz w tej chwili, a jest 4 rano nie mam na to siły. Jeśli w tej chwili zacznę pisać o raku mojej suni, o fatalnych rokowaniach i mojej rozpaczy, nie zacznę tego dnia.

Odkąd pamiętam mam ogromną potrzebę pisania. Zawsze coś pisałam, dzienniki ( nadal piszę), notatki, sentencję. Mam dziesiątki pamiętników, notatników i karteluszek. I tym razem muszę pisać, bo mnie to rozwali od środka. A dlaczego akurat w tym miejscu, a nie w dzienniku? Bo może w ten sposób uda mi się uratować chociaż jednego psa. Bo mimo, że przed rakiem nie ma ucieczki, to częste badania mogą wykazać wczesną chorobę śledziony.

Wegunię i Dragunia badam regularnie. Tyle badań, częste wizyty u weterynarzy nie uchroniły nas przed nieszczęściem.

Przecież Drago miał wcześnie wyciętą śledzionę. Przez przypadek dowiedziałam się, że coś się dzieje niedobrego. Po prostu zrobił się osowiały i nie miał energii. Lekarz zasugerował Usg brzucha i tak wykryliśmy, że śledziona jest nieznacznie powiększona. Zdecydowaliśmy się usunąć chory narząd, ponieważ to nie wpływa niekorzystnie na jakość życia psa, a śledziona lubi się urakowić.

Dlatego jest mi tak trudno pogodzić się z diagnozą Wegi. Przecież nauczona doświadczeniem z Dragiem, badaliśmy Wegę regularnie. Ale, o czym ja mówię. Wega przed rezonansem magnetycznym na odcinek szyjny kręgosłupa miała robione pełne badania krwi. Badania były robione miesiąc przed naszym dramatem, a wyniki badań widziało trzech niezależnych lekarzy. Nowotwór był doskonale ukryty.

Naczyniak krwionośny mięsakowy… opowiem o nim w innym poście. Dziś apeluję, żeby badać regularnie swoje duże psiaki. Wiem wiem, można powiedzieć, że ok, ty badałaś i nic to nie dało. Owszem tak z tego postu wynika, jednak Wam może się udać. Czego z całego serca Wam życzę.

Najczarniejszy dzień od 14 lat

Boże pomóż mi być takim człowiekiem, za jakiego bierze mnie mój pies

8 października 2020 roku był moim najczarniejszym dniem od 14 lat. Pisze nieskładnie, ale emocje są nadal świeże. 

Dzień nie zapowiadał niczego dramatycznego. Od kilku dni czułam się przemęczona i jakaś rozbita. Rozważałam wzięcie kilku dni może nawet tygodni urlopu. Sama prowadzę swoją firmę więc w zasadzie rozważałam przerwę na jakiś czas. Chciałam pozbierać myśli, nabrać dystansu. Byłam skupiona na tym jak mi źle i co mogę zrobić żeby to naprawić. 

Nie wiedziałam jeszcze, że za kilka godzin całkowicie odmieni się sposób mojego postrzegania życia. 

Wieczorem Wega, mój świat, moja sunia, moja bratnia dusza poczuła się źle. Pierwsza moja myśl, że to po zastrzyku z antybiotykiem na biegunkę, która męczyła ją od trzech dni. Jednak gdy nie chciała wyjść z samochodu, a po wyniesieniu jej od razu położyła się już wiedziałam, że mój pies cierpi. Spojrzała mi w oczy i zobaczyłam w nich rozpacz i strach. Tak tak, ja po spojrzeniu w oczy moim psom wiem, kiedy jest źle. Tak u obu psów wykryłam babeszjozę. 

Oczy mojej suni przepełnione były bólem i rozpaczą. 

Nie myślałam ani chwili. Włożyłam na siebie cokolwiek (dopiero w lecznicy zobaczyłam, że mam na sobie brudne dresy) i od razu pojechałam do lecznicy. To był moment. Nic nie czułam, o niczym nie myślałam, byłam jak maszyna i prostu chciałam już tam być. 

Szybka wizyta, szybkie Usg i jeszcze szybsza diagnoza. Pękł wielki guz i jest ogromne krwawienie do jamy brzusznej, pies się wykrwawia. Nie wiadomo czy guz wątroby czy śledziony, jak wątroby to będzie uśpienie psa śródoperacyjne, jak śledziony to jest niewielka szansa, to jest lepiej. Ale L. szybko został zabrany z Wegunią na Rtg, jeżeli są przerzuty to nawet nie będą operować. 

Tylko kilka zdań… a ja słyszę… 

Mój pies umiera, a ja razem z nią. Nie wiem czy są przerzuty, później orientuję się, że chyba nie skoro operacja trwa. Nie wiem czy oddycham, wiem, że drapię L. i błagam bezgłośnych skowytem, żeby mi los jej nie zabierał, bo umrę. Czułam, ze nie oddycham, ale nie mogę, bo ona umiera, a ja razem z nią. Pytam ostatkiem sił czy mogę ją jeszcze zobaczyć zanim umrzemy, słyszę tylko w oddali „nie mamy na to czasuuuuu, nie mamy na to czasuuu….” 

Duszno , jest mi duszno, mój rozum jest daleko, serce przestaje bić i tylko ten ból. Nawet nie wiedziałam, że w sekundę może zaboleć każda komórka ciała, jakby im też zabrakło tlenu. 

Wydaje mi się, że tak może czuć się człowiek, który tonie. Ja tonęłam w mojej rozpaczy. 

Czekaliśmy na korytarzu i było tak cicho. Lecznica była już nieczynna, jednak nam pozwolono zostać. Cisza była tak przejmująca. Miałam wrażenie, że słyszę maszyny ratujące jej życie i krzątaninę lekarzy. Gdy wyszła pa doktor i powiedziała, że guz śledziony popatrzyłam na nią z taką miłością. Patrzyłam na nią jakby zaświeciła jaśniej światło. 

Kolejna godzina i przychodzi do nas lekarz, który operował Wegunię. Operacja udała się, śledziona wycięta, była ogromna utrata krwi i decydujące będą kolejne dwie trzy doby. 

Pamiętam już tylko urywki, że na wyniki trzeba poczekać dwa tygodnie, że musi Wega zostać w szpitalu i o rokowaniach, że trzeba cieszyć się każdym dniem. A ja w tych wszystkich zdaniach i wyrazach słyszałam, że żyje, mój świat przeżył. 

Wega jest już w domu, jest obok mnie. Czasem pochrapuje przez sen. A ja musze ją czuć. Nie wystarczy mi, że ją widzę, muszę czuć, ręką dotknąć oba psy. Drago jest zawsze obok, czekał na Wegunię i tęsknił w każdej minucie. Ja muszę czuć ich oboję. Patrzę i czuję, że to jest cud, że je mam. 

Nie potrzebuję już urlopu, nie jest mi już źle w życiu. 

Moja Wega żyje, ja jeszcze nie. Jeszcze zostałam tam w lecznicy i wyję. Bo czekamy na wynik, bo mam cieszyć się każdym dniem z moim światem. 

Jednak najważniejsze jest to, że mam je obok. Wega i Drago. Moje dwa serca, światy. 

Rodzaje dyskryminacji…

Usłyszałam wczoraj historię jednej z moich klientek. Wspaniała dziewczyna, serdeczna i zawsze uśmiechnięta, chociaż ja w jej oczach widzę smutek.

Po wielu latach pracy poprosiła szefową o podwyżkę, nie dostała jej z odrażającego powodu. Bo nie ma dzieci. Co to kurwa za powód? Podwyżki nie dostaje się za złą pracę, za lekceważenie pracy, przełożonych i współpracowników a najważniejsze klientów.

Ja wiem i jestem pewna, że jej prymitywna szefowa też wie, że największe marzenie naszej bohaterki to być Mamą. Ale nawet gdyby nie wiedziała to nie jest powód, żeby nie dać podwyżki.

Byłam w podobnej sytuacji. Byłam dyskryminowana. Byłam wykorzystywana, pracowałam po godzinach w dni robocze, w wolne dla mnie weekendy i święta. W dniu Wigilii musiałam wysyłać przelewy firmowe lub raporty o obrotach. Nie udzielano mi urlopu. Inne dziewczyny brały wolne dni w najróżniejszych terminach, bo przecież mają dzieci.

znam to uczucie

Tak często spotykamy się my „nie mamy” z różnego rodzaju dyskryminacją. Zdarzało się tracić przyjaźnie, dlatego, że przyjaciółka zapomniała o mnie gdy zaszła w ciążę. Najbardziej bolało, gdy dowiadywałam się o jej stanie ostatnia. Zawsze słyszałam to samo: „nie wiedziałam jak ci powiedzieć”, „nie chciałam ci robić przykrości”. Tak straciłam przyjaciółkę, która była dla mnie jak siostra. Podczas naszej wieloletniej przyjaźni zawsze żaliłam się jej jak mnie boli to, że dowiaduję się tego ostatnia. Godzinami płakałam u niej zajadając żal. Błagałam ją, że jak będzie w ciąży, żeby powiedziała mi od razu. Dowiedziałam się ostatnia. Bo zapomniała o obietnicy. To boli.

To, że popłaczę w domu to nie znaczy, że nie cieszę się z jej szczęścia. Popłaczę nie z zazdrości tylko z żalu, że moje szanse maleją.

Siedziałam kiedyś w poczekalni do ginekologa. Wizyty były opóźnione. Przede mną jeszcze dwie panie. Wchodzi kobieta i mówi, że ona musi wejść bez kolejki, ponieważ ma zagrożoną ciąże i potrzebuje pilnej wizyty. Ok, wpuściłyśmy ją. Kobieta kobietę zrozumie. Weszła kolejna pani zgodnie z kolejnością potem następna. Myślę teraz moja kolej. Nagle w drzwiach pojawia się nowa pacjentka i wchodzi bez kolejki, bo w ciąży. Ok, kobieta kobietę zrozumie. Czyli już 1,5 h opóźnienia. W poczekalni zostałam sama. Wchodzi do poczekalni kolejna pani i pyta czy ja jestem w ciąży, bo ona tak i z błogim uśmiechem głaszcze zaokrąglony brzuch. Ja z krzywą miną siląc się na uśmiech nie bardzo wiem co powiedzieć. Wychodzi z gabinetu asystentka lekarza i wywołuje przyszłą mamę. A ja siedzę. Pytasz dlaczego siedzę, nic nie powiem? Bo pomijając, że z asertywnością nie mam nic wspólnego to jeszcze czuję się pusta w środku. Nie kobietą, nie zasługuję na swoje miejsce, bo nie jestem w ciąży, bo jetem gorsza od tych zapłodnionych, nic nie warta. I czekam i słyszę z gabinetu śmiech i radość i bicie dziecięcego serca. A u mnie w brzuchu nic, echo. I gryzę pięść, żeby zagłuszyć własne wycie. Tak, u ginekologa też doświadczyłam dyskryminacji.

Kobieta kobietę zrozumie?

Nie zawsze.

Teraz, po latach gdy wiem, ze już za mną nadzieja jestem silna. Już nie proszę o to żeby nie być ostatnią. Nie czekam na zrozumienie. Ale ja też nie rozumiem. Jeżeli czuję się w tej sprawie dyskryminowana po prostu to mówię. Może czasem zbyt agresywnie, ale w tym przypadku mam to w dupie.

Poruszyła mnie historia mojej klientki, bo wiem, że nas jest więcej. Wiem, ze jesteśmy pomijane, lekceważone lub niewidoczne.

Jesteśmy kobietami wartościowymi, często z pasjami, marzeniami, planami na przyszłość. Często ze smutkiem w oku, którego nie chce otoczenie zrozumieć i uszanować. Jesteśmy wartościowymi babkami, które mają dużo do powiedzenia światu. Nie lekceważcie nas. Nie omijajcie, bo spotkacie się z tym, że my ominiemy was.

Moja bohaterka rzuciła pracę. Brawo.

 

 

Nie ma powtórek

Czy malując nasze siwe włosy nie oszukujemy siebie, że jesteśmy młode/młodzi i mamy czas? Czy nie jest wtedy łatwiej myśleć, że mamy jeszcze czas i odkładamy życie na później?

Życie nie jest nam dane za zawsze, powtórek też niestety nie ma.

Uczę się żyć świadomie, nie obojętnie i mimo, że jest to cholernie trudne ja się nie poddam.

Ostatni tydzień był dla mnie bardzo trudny i szczerze mówiąc średnio sobie z nimi poradziłam.

Jednak dałam sobie czas, poukładałam myśli, przypomniałam sobie jak kruche jest życie. Jak mało jest na świecie szacunku do życia.

Zauważyłam, że dużo osób odkłada życie na później. Sama się na tym łapię, że czekam. Ale co gdy „później” nie będzie. Ja nie mówię o tym, żeby ciągle przewidywać najgorsze, chodzi mi bardziej o to, żeby korzystać z życia teraz.  Tu i teraz. Mój problem doskonale opisał Budda, cytat poniżej.

„Sekret zdrowia dla umysłu i ciała to nie opłakiwać przeszłości, nie martwić się o przyszłość lub oczekiwać problemów, ale żyć mądrze w chwili obecnej.”

Moja Mama miała 44 lata gdy zdiagnozowano u niej glejaka, guza mózgu, musiała zrezygnować z ukochanej pracy, zrezygnować z jazdy samochodem. Po prostu ma Pani guza mózgu, koniec, idzie Pani na rentę, do widzenia. W wieku 44 świat i życie powiedziało Mamie adiós.

Półtora roku temu moja ukochana klientka miała bardzo ciężki wypadek, wjechała na nieoznakowanym przejeździe kolejowym pod pociąg. Kobieta serdeczna, pełna życia, ciepła, cudowna Babcia i Mama. Miała całą furę pomysłów na życie, planów. Miałyśmy się spotkać jeszcze wiele razy.

Bliskich i trochę dalszych odchodzi zbyt często.

Mama miała 44 lata, Pani Grażynka 56. Ja mam 42 lat.

Naprawdę chcę żyć. Chcę żyć w zgodzie ze sobą. Nie chcę żyć obojętnie obok.

Nie, nie zastanawiamy się nad tym. Po prostu gonimy dalej. Gdy ktoś opowiada o swoich problemach tak łatwo jest pomyśleć, dobrze że u mnie tak nie ma. A ja zapytam czy na pewno? Czy po prostu nie chcesz się zagłębiać w swoje życie, ze strachu, że odkryjesz co powinieneś zmienić? Nie wiem, może więcej czasu poświęcić dla siebie lub dla bliskich, którzy tęsknią, a może odpuścić wreszcie i nie gonić za kimś kto Ciebie nie chce.

Mamy jedno życie i chciałabym usiąść kiedyś w fotelu i powiedzieć, przeżyłam życie jak chciałam.

Nie odkładaj życia na później, ale też nie myśl, że jesteś na coś za stary. Nigdy nie jest za późno na odrobinę egoizmu i zadbanie o siebie.

Czasem gdy jest mi tak bardzo źle, siadam sobie w miękkim, bujanym fotelu, patrzę na zdjęcie Mamy i pytam jej co mam robić. I zawsze dostaję tę samą odpowiedź „ŻYJ”. Życie jest darem.

Mniej więcej od 9 lat choruję na depresję. Jest ze mną  każdego dnia, raz wygrywam ja raz ona. Jednak od niedawna, gdy opadam z sił Mama szepcze „Żyj”, wstaję wtedy i wiem, że jestem silna i nie zmarnuję ani jednego dnia dłużej.

Życie nie jest na zawsze i nie ma powtórek.

Dlatego żyj tu i teraz.