Archiwa kategorii: Między podróżami

o marzeniach, o których nawet nie marzyłam

Czasami życie kieruje nas w inną stronę niż zamierzamy iść. I choć nie od razu rozumiemy znaczenia tych zdarzeń z czasem może okazać się, ze spełniło nasze ogromne marzenie, o którym nawet nie śmieliśmy śnić. Tak było ze mną i moją Afryką. 

Kiedy pierwszy raz leciałam do Afryki było mi ciężko, ponieważ ta podróż oznaczała nie spełnione inne wielkie nadzieje. Jednak gdy pierwszy raz poczułam zapach, słońce na skórze i atmosferę Afryki , wiedziałam, że być tutaj było moim przeznaczeniem. 

W tej chwili ogólnie opowiem Wam co pokochałam w Afryce. Jednak obiecuję, że wpisów o Afryce będzie dużo więcej. 

Pokochałam zapach. Zapach rozgrzanej słońcem ziemi i zapach buszu o wschodzie słońca. Zapach rozgrzanej ziemi to uczucie upału, suszy i poszukiwania wody. To busz lub pustynia zastygła w oczekiwaniu na cień i wieczorne ochłodzenie. To tak jakbyś całym sobą chłonął cieszę napotkaną gdzieś z dala od problemów i pędzie w świecie. 

Pokochałam słońce, które otula całe ciało jak ramiona Matki. Budzisz się rano i widzisz niebo usłane chmurami, ale to nie jest nic złego, wiesz, ze słońce za chwilę wypali chmury i ukarze bezkres błękitnego nieba. Często mam wrażenie, że niebo jest jakieś większe niż w Europie. Słońce świeci wyżej a chmury są ogromne aż po horyzont. 

Bardzo pokochałam ludzi i ich różnorodność. Zawsze powtarzam, że w Afryce nikt nie jest dziwny, „inny”, ponieważ tam nie ma norm. Można żyć w zgodzie ze sobą, swoją wiarą, poglądami i orientacją, stylem życia i ubierania. Nie ma norm. 

Pokochałam ludzi za ich serdeczność i jakąś taką ciekawość. 

Pokochałam widoki. Przestrzeń i drogi bez końca. 

Południowa Afryka, Namibia, Botswana to mój świat. Afryka jest we mnie. 

Nie raz opowiem o podróżach po tym niesamowitym kawałku świata. 

Pan Tadeusz

Nie wiem ile ma lat, nie znam jego historii, ale on zostanie w moim sercu na zawsze. Człowiek znikąd, niewyróżniający wśród ludzi. Cichy, skromny człowiek aż do bólu, w poczekalni starego szpitala czeka z nami na spóźnionego lekarza. Wszyscy jesteśmy sobie równi, niezależnie od wieku, płci, pochodzenia i statusu, jesteśmy pacjentami tego samego szpitala, oddziału, jesteśmy równi. Rozmawiamy głośno, ponieważ niektórzy nie słyszą dobrze, ale i humory dopisują więc opowiadamy sobie różne historie i żarty. A pan znikąd siedzi obok i gdybym go nie zaczepiła to pewnie nie odezwałby się ani słowem. Ja jestem gaduła, od niedawna odkopuję dawną Amelię, więc coraz częściej wszędzie mnie pełno. Nawet nie pamiętam o czym zagadałam do Pana obok, chyba coś o tym czy też ma zakroplone oczy. Nigdy, przenigdy nie sądziłabym, że od tych paru słów zmieni się moje myślenie, jakby mnie ktoś obudził z twardego snu. Zaczęliśmy rozmawiać, ja gaduła, on potwornie skrępowany. Inni oczywiście nie zwrócili uwagi na mojego rozmówcę. A my po prostu rozmawialiśmy. Na początku o okulistach, o cukrzycy i jej objawach i nagle On mówi mi, że od lat codziennie przed snem myśli, że jutro będzie dobry dzień, że wszystko będzie dobrze. Aż mnie zatkało, przecież widać na kilometr, że to chodząca samotność i skromność, a on mi mówi, że od lat przed snem myśli, że jutro będzie dobry dzień?!? Skąd ty się wziąłeś człowieku ?!? To ja młoda, zdrowa codziennie zamartwiam się wszystkim, stresuję każdą materią na tym świecie, a Ty biedo chodząca mówisz mi spokojnie z uśmiechem wynurzającym się spod długich wąsów, że codziennie wierzysz, że jutro wszystko będzie dobrze?!?
Poczułam wstyd, że tak nie można, nie mogę marnować życia, zwyczajnie nie mam do tego prawa.
I tak jak nagle zaczęliśmy rozmawiać, tak nagle przestaliśmy. Po prostu musiałam po badaniu wracać do siebie, ale coś we mnie już pękło. Po prostu już nie mogłam się na niczym skupić, odnalazłam tego pana na oddziale w sali numer pięć. Siedział skulony przy szpitalnej szafeczce i jadł ten okropny ryż z jabłkami, który dali nam na obiad. Jadł i jakby się modlił, nie prosząc o nic. Po prostu tam był. Weszłam do sali i zapytałam o imię, na imię ma Tadeusz. Gdy mnie zobaczył, był tak zaskoczony, że aż zaniemówił. Powiedziałam mu, że piszę dzienniki i opisuję zdarzenia, historie, a także piszę o wyjątkowych ludziach, których jest mi dane spotkać na swojej drodze. A przecież on mi powiedział wiersz w poczekalni Tuwima o spóźnionym słowiku.
Nie wiem ile Pan Tadeusz ma lat, pewnie ze dwa razy więcej ode mnie, ale dzięki niemu zrozumiałam, że czas wziąć się za siebie i szanować to co mam. Cieszyć się każdym dniem. Nie jestem w stanie opisać, a nawet nazwać tego w myślach jak bardzo się ucieszył, gdy zapytałam czy mogę czasem wysłać do niego list z Afryki lub innego miejsca na ziemi, ta jego radość pomieszana z niedowierzaniem, że ktoś się przy nim zatrzymał i zauważył. Zapytał cicho, aż poprosiłam o powtórzenie, czy mogłabym czasem na trzy minuty zadzwonić i powiedzieć jak było w podróży.
A ja skarżę się na samotność?
Łóżko pościelone idealnie, na kocu równo ułożony stary, wysłużony modlitewnik, szampon, stara książka, chyba kryminał, długopis i on skromnie pochylony nad talerzem ciepłego ryżu.
Poczułam wstyd. Wstydziłam się samej siebie. Jak mogę się skarżyć na samotność, jak mogę myśleć, że jest źle. Owszem jest trudno, ale czy aż tak? Czy bardziej niż Panu Tadeuszowi?
Czy ze mną jest coś nie tak, że nie potrafię przejść obojętnie? Czy potrafimy dostrzegać ludzi ciekawych, ale tak bardzo skromnych. Czy ten świat pochłonął już delikatność i wrażliwość a pozostawił gonitwę za dobrobytem i prześciganie czasu jakby doba musiała być dłuższa?
Czy jestem odmieńcem, dziwadłem, że porusza mnie człowiek, który cieszy się ze zwykłej rozmowy z drugą osobą? Nie wiem, ale dobrze mi z tym. Taka jestem, pokrzywiona, dziwna, inna.
I napiszę list do Pana Tadeusza, żeby mógł poczuć, że nie jest całkiem sam na tym świecie.

życie z bólem

Żyć z bólem. Jak to jest? Nie miło.

Żyję z bólem głowy już od kilku lat, może ośmiu. Już nie liczę.

Nikt nie może tego zdiagnozować.

Zaczęło się gdy pracowałam na etacie. Permanentny stres, szczucie, plotki, praca nawet w wolne dni i święta. Organizm powiedział STOP. Lekarz z resztą też. Usłyszałam wiele diagnoz łącznie z guzem mózgu (bez badań), padaczką i.in.  Po kolejnej utracie przytomności i pobycie u lekarza usłyszałam „albo praca i stres albo życie” Wybrałam życie!

Miałam ogromną wiarę, że po odejściu z toksycznego środowiska poczuję się lepiej. Nie sądziłam, że ten stres już spowodował takie spustoszenie w organizmie. Usłyszałam kolejną diagnozę, depresja. To był trudny czas przeplatany nadzieją i spokojem. Miałam Anioła Stróża.

Terapia, rozmowy, zaglądanie wgłąb siebie pomogły mi stanąć na nogi. Już się nie boję. Nie mam lęków gdy słyszę dzwoniący telefon, nie boję się popełniać błędów i wierzę w siebie. Ataki paniki zdarzają się coraz rzadziej i lubię siebie. Nie gonię ślepo za akceptacją i nie potrzebuję ciągłej obecności ludzi.

Dzięki terapii odbudowuję relacje z najbliższą rodziną, ponieważ po śmierci Mamy nie zdaliśmy egzaminu i nie poradziliśmy sobie wspólnie. Każdy poszedł w swoją stronę. Teraz już jest nareszcie dobrze. Jestem szczęśliwa. Tylko ten ból… ten ciągły ból głowy. Byłam w wielu szpitalach, byłam na wiele sposobów badana i nie wiadomo skąd on się bierze. Nasila się, gdy zaczynam się stresować lub czymś po prostu martwić. Jest to taki mój ciężar, który noszę od kilku lat.

Teraz doceniam chwilę gdy nie boli. Łapię te momenty i nie puszczam. Co wtedy robię? Uśmiecham się i robię rzeczy, których inni, zdrowi nie zauważają lub nie lubią. Prasuję, sprzątam, gotuję i ćwiczę. Gdy boli głowa, każda czynność to męka, jest wtedy w mojej głowie ciemno i za głośno. Dlatego łapię chwilę i widzę detale. Moją małą lawendę, która budzi się wiosną do życia. Moje psy pełne ogromnej miłości, kocham Afrykę i przeglądam zdjęcia, bo prowadzę dwa a nawet trzy profile w mediach społecznościowych. Po prostu ciesze się życiem. Mam Anioła Stróża.

W tej chwili czekam na kolejną wizytę u neurologa.

 

 

co dalej?

Jestem pewna, że zabraknie nam życia, aby dowiedzieć się czym naprawdę jest coronavirus. Nie wiem czy w ogóle ktoś kiedyś pozna prawdę. Jedyne czego jestem pewna, to to, że zmienił nasze życie na zawsze.

Nie potrafię ogarnąć wielkości zniszczeń jakie spowodował. Można dyskutować na temat procentu umieralności w stosunku do ilości ludzi na świecie, ale nie można zaprzeczyć jak dużo nieszczęścia na nas sprowadził.

W każdej dziedzinie są dramaty. Ludzie umierają z wielu powodów np. z głodu, z powodu nowotworów, w wypadkach komunikacyjnych czy na koronawirusa, grypę, zawały serca.

Ja widzę też nieszczęścia ludzi, którzy przez kwarantannę musieli zamknąć swoje dobrze prosperujące przedsiębiorstwa. Z godziny na godzinę, zgaszono światło i czekamy. Ale na co? Wirus sam z siebie nie zniknie, a za coś trzeba żyć. Wielkie lotniska, firmy produkcyjne, restauracje i małe sklepiki. Wszystko zamknięte na klucz.

Co dalej?

Nie wiem. Gdy zamknę oczy robi się cicho. Mam wrażenie, że ludzie zatopieni są we własnych myślach, przestraszeni co dalej.

Nawet mój czteroletni bratanek w pewnym momencie powiedział do mamy „szkoda, że koronawirus zabrał nam spokój”. Tymi słowami można określić panującą obecną atmosferę.

Gospodarka powoli otwiera oczy. Poszczególne państwa znoszą zakazy, a ludzie wyraźnie są zmęczeni restrykcjami. Coraz więcej osób jest na ulicach. Ale, w centrach handlowych jest ponura cisza. Na lotniskach nie widać rozwijającej się turystyki. Boimy się? Chyba jednak tak.

Najgorsza chyba jest ta niewiedza, dezorientacja. Z tym sobie najmniej radzę.

Człowiek nie docenia wolności dopóki jej nie straci.

czas w domu

Nie jesteśmy przystosowani do siedzenia w domu. Jesteśmy stworzeni do działania. Wiek produktywny nie mylić z reproduktywnym został znacznie przesunięty. Tak jak jeszcze 30 lat temu osoba w wieku 60 lat to był znacząco starszy człowiek, tak teraz wiek 70-73 to całkiem normalny wiek, w którym człowiek dziala, często odkrywa pasje i spełnia marzenia. Mój Tata ma 73 lata i nadal prowadzi aktywny tryb życia. Zimą jeździ na nartach, latem pokonuje duże odległości rowerem.

Czasy pandemii zatrzymały nas w domu. Na początku (pomijając stres) cieszyliśmy się domem, rodziną. Przyszła wiosna, pojawiło się w przyrodzie nowe życie. Było nienajgorzej. Natomiast już jest mi źle. Dom już nie kojarzy się z odpoczynkiem i wytchnieniem. Już chyba w każdym kącie miałam miejsce do pracy. Wszędzie siedziałam z laptopem pracując. Złamałam chyba wszystkie zasady, wskazówki psychologów. Mianowicie, aby wyznaczyć sobie godziny pracy, hmm, pracuje non stop; wyznaczyć miejsce do pracy i tylko tam pracować, ja jeszcze chyba tylko w kotłowni nie pracowałam. Już chyba wszyscy tęsknimy za dawnym rytmem.

Ale czy jesteśmy o coś mądrzejsi? Ja na pewno tak. Doceniam wszystko co mam. Dostrzegłam detale dnia codziennego i wiem za czym chcę tęsknić. Za polegiwaniem na tarasie, za skradzionymi chwilami na trawie w ogrodzie i czytaniem książki w łóżku. Chcę za tym tęsknić pracując i dając światu jak najwięcej siebie. Bo jestem w takim wieku, że na polegiwanie przyjdzie jeszcze czas.

 

Jedna jaskółka czyni wiosnę

Szukam świata,

w którym jedna jaskółka 

czyni wiosnę

Gdzie szewc chodzi w butach

Gdzie jak Cię widza 

to Dzień Dobry

Szukam świata

w którym

Człowiek człowiekowi 

człowiekiem. 

Dlatego opowiem Wam o Panu Tadeuszu.

Nie wiem ile ma lat, nie znam jego historii, ale on zostanie w moim sercu na zawsze. Człowiek znikąd, niewyróżniający wśród ludzi. Cichy, skromny człowiek aż do bólu, w poczekalni starego szpitala czeka z nami na spóźnionego lekarza. Wszyscy jesteśmy sobie równi, niezależnie od wieku, płci, pochodzenia i statusu, jesteśmy pacjentami tego samego szpitala, oddziału, jesteśmy równi. Rozmawiamy głośno, ponieważ niektórzy nie słyszą dobrze, ale i humory dopisują więc opowiadamy sobie różne historie i żarty. A pan znikąd siedzi obok i gdybym go nie zaczepiła to pewnie nie odezwałby się ani słowem. Ja jestem gaduła, od niedawna odkopuję dawną Amelię, więc coraz częściej wszędzie mnie pełno. Nawet nie pamiętam o czym zagadałam do Pana obok, chyba coś o tym czy też ma zakroplone oczy. Nigdy, przenigdy nie sądziłabym, że od tych paru słów zmieni się moje myślenie, jakby mnie ktoś obudził z twardego snu. Zaczęliśmy rozmawiać, ja gaduła, on potwornie skrępowany. Inni oczywiście nie zwrócili uwagi na mojego rozmówcę. A my po prostu rozmawialiśmy. Na początku o okulistach, o cukrzycy i jej objawach i nagle On mówi mi, że od lat codziennie przed snem myśli, że jutro będzie dobry dzień, że wszystko będzie dobrze. Aż mnie zatkało, przecież widać na kilometr, że to chodząca samotność i skromność, a on mi mówi, że od lat przed snem myśli, że jutro będzie dobry dzień?!? Skąd ty się wziąłeś człowieku ?!? To ja młoda, zdrowa codziennie zamartwiam się wszystkim, stresuję każdą materią na tym świecie, a Ty biedo chodząca mówisz mi spokojnie z uśmiechem wynurzającym się spod długich wąsów, że codziennie wierzysz, że jutro wszystko będzie dobrze?!?
Poczułam wstyd, że tak nie można, nie mogę marnować życia, zwyczajnie nie mam do tego prawa.
I tak jak nagle zaczęliśmy rozmawiać, tak nagle przestaliśmy. Po prostu musiałam po badaniu wracać do siebie, ale coś we mnie już pękło. Po prostu już nie mogłam się na niczym skupić, odnalazłam tego pana na oddziale w sali numer pięć. Siedział skulony przy szpitalnej szafeczce i jadł ten okropny ryż z jabłkami, który dali nam na obiad. Jadł i jakby się modlił, nie prosząc o nic. Po prostu tam był. Weszłam do sali i zapytałam o imię, na imię ma Tadeusz. Gdy mnie zobaczył, był tak zaskoczony, że aż zaniemówił. Powiedziałam mu, że piszę dzienniki i opisuję zdarzenia, historie, a także piszę o wyjątkowych ludziach, których jest mi dane spotkać na swojej drodze. A przecież on mi powiedział wiersz w poczekalni Tuwima o spóźnionym słowiku.
Nie wiem ile Pan Tadeusz ma lat, pewnie ze dwa razy więcej ode mnie, ale dzięki niemu zrozumiałam, że czas wziąć się za siebie i szanować to co mam. Cieszyć się każdym dniem. Nie jestem w stanie opisać, a nawet nazwać tego w myślach jak bardzo się ucieszył, gdy zapytałam czy mogę czasem wysłać do niego list z Afryki lub innego miejsca na ziemi, ta jego radość pomieszana z niedowierzaniem, że ktoś się przy nim zatrzymał i zauważył. Zapytał cicho, aż poprosiłam o powtórzenie, czy mogłabym czasem na trzy minuty zadzwonić i powiedzieć jak było w podróży.
A ja skarżę się na samotność?
Łóżko pościelone idealnie, na kocu równo ułożony stary, wysłużony modlitewnik, szampon, stara książka, chyba kryminał, długopis i on skromnie pochylony nad talerzem ciepłego ryżu.
Poczułam wstyd. Wstydziłam się samej siebie. Jak mogę się skarżyć na samotność, jak mogę myśleć, że jest źle. Owszem jest trudno, ale czy aż tak? Czy bardziej niż Panu Tadeuszowi?
Czy ze mną jest coś nie tak, że nie potrafię przejść obojętnie? Czy potrafimy dostrzegać ludzi ciekawych, ale tak bardzo skromnych. Czy ten świat pochłonął już delikatność i wrażliwość a pozostawił gonitwę za dobrobytem i prześciganie czasu jakby doba musiała być dłuższa?
Czy jestem odmieńcem, dziwadłem, że porusza mnie człowiek, który cieszy się ze zwykłej rozmowy z drugą osobą? Nie wiem, ale dobrze mi z tym. Taka jestem, pokrzywiona, dziwna, inna.
I napiszę list do Pana Tadeusza, żeby mógł poczuć, że nie jest całkiem sam na tym świecie.
Taka jestem. Amelia

nie tylko o podróżach…

Czy wiecie co znaczy Kenako ?

Wyjaśniam to na nowym blogu, który zaczęłam pisać już na oficjalnej stronie http://www.kenako-africa.com, ale tu też wyjaśnię, bo to szczególnie ważne w kontekście mojej decyzji o zmianie sposobu pisania.

Hasło „kenako” kryje w sobie „to najważniejszy czas na…”; „teraz jest Twój czas…”;

Zaczęłam pisać tego bloga moje-kenako, z myślą, ze to właśnie mój czas. Jednak miłość do Afryki przerodziła moje pisanie w przewodnik po RPA i nie ma nic w tym złego 🙂 Tylko, że dojrzałam już do pisania więcej o życiu, które mnie otacza. Życiu ciekawym, pięknym, wkurzającym, przerażającym i zbyt szybko przemijającym.

Od lat obserwuję życie, ludzi i bezustannie sprawdzam czy rzeczywiście każdy jest kowalem własnego losu…

Nie zawsze będzie wesoło i lekko, będzie jak w życiu…

Dlatego wszystkich, którzy są zainteresowani wspólną podróżą po życiu Amelii zapraszam na mojekenako, jeśli jednak wolicie podróże po Afryce zapraszam serdecznie na blog na stronie http://www.kenako-africa.com.

Wszędzie jesteście miło widziani 🙂

 

co ja widziałam i ile poznałam ….

Polska przywitała mnie dość ponuro. Ciemno, mokro i deszczowo. 12 stopni!! to straszne.
W Afryce rozkwita wiosna, upał, słońce i radość. Bo w Afryce jest fajnie 😉
Ale jestem tutaj i mimo lekkiego zmęczenia mam ogromną ochotę wszystko opowiedzieć.
KOCHAM AFRYKĘ, Południową Afrykę to wiadomo, ale też zakochałam się w Botswanie.

Nie wiem od czego zacząć? Od początku? to banalne… A może od tego najbardziej…? to za szybko 🙂

Zacznę od tego co w duszy gra, a grają słonie 🙂 Było ich mnóstwo. W Krugerze, w Botswanie przy rzece Chobe i w Okavango. Nie było ich w Kgalagadi Park oraz Karoo National Park, ale to zupełnie inna historia 🙂

Gdy widzę słonie to jestem jak zaczarowana. Nawet goście z naszych grup szybko zorientowali się, że gdy pojawiają się słonie to koniec… Amelii nie ma 🙂 No nie umiem się powstrzymać 🙂 Serio.

Były przy kampie, setki słoni. Były w rzece i przy rzece. W buszu uczyły małe do czego właściwie jest ta trąba 🙂
Na instagramie Kenako wstawię filmik, na którym widać, że wszystkie słonie nabierają wodę trąbą a jeden maluch patrzy, patrzy i nie kuma. Po co ta trąba? Więc zaczął ją machać i chlapać 🙂 Ale to chyba nie o to chodziło 😀 😀 nauczy się maleństwo na pewno 🙂

O słoniach opowiem jeszcze wiele razy. Teraz pokażę Wam kilka zdjęć 🙂


 

 

Byłam w słoniowym raju 🙂

spokój, z czym kojarzy mi się spokój…

Dziś mnie olśniło i muszę o tym koniecznie napisać.

W moim życiu słonie są wszędzie tzn. w głowie, w sercu, na wisiorku na szyi, na bransoletce, którą mam zawsze na ręku gdy wychodzę z domu, bo to taki mój talizman.

Tak, owszem zawsze piszę o afrykańskich słoniach, bo je znam i kocham i nawet myślę, że warto napisać o różnicach między słoniem afrykańskim a indyjskim, ale to nie dziś.

Dziś chcę napisać o olśnieniu.

Siedzę w domu w piękny i spokojny majowy poranek ( 23 stopni mimo wczesnej pory), słucham koncertu łąkowych i leśnych ptaków i pomrukiwań śpiących obok psów i oczywiście myślę o Afryce, o mojej ogromnej miłości. I pierwsza myśl jaka przychodzi mi to głowy to busz, Narodowy Park Krugera wcześnie rano, gdy jeszcze słońce nie wypaliło chmur, gdy zwierzęta dopiero się budzą i antylopy odczuwają ulgę, że przetrwały noc. Czuję w myślach zapach buszu. Uwielbiam moment wyjeżdżania w busz i uczucie rześkiego poranka na ramionach, czasem zapach kawy i żartobliwe tworzenie listy co dziś koniecznie musimy zobaczyć. Tak jakby rzeczywiście dało się to zaplanować 🙂 Przecież wiadomo, że nie 🙂

Ale gdy myślę „spokój” mam w głowie słonie. I to mnie dziś olśniło. Ja kocham słonie, bo czuję od nich spokój. Gdy patrzę na słonie, czuję miłość, troskę i niezachwiany spokój. Słonie raczej nie mają przeciwnika w naturze poza niestety człowiekiem i cywilizacją, ale mówię tu o drapieżnikach. Wiadomo, że słoń jest największy i nie musi o nić walczyć. Udziela mi się ich troska o bliskich, zawsze są razem, troszczą o rodzinę i o członków stada. Nie spieszą się . Gdy patrzę na ich ruchy czuję jak ważna jest dokładność i spokojne ruchy. Mi często zdarza się robić coś chaotycznie, w nerwach. Tu strącę, tam zbije. A one nie, one maja ruchy powolne, ale zdecydowane, widziałam jak matka uczy dziecko zrywać listki z krzaków. Spokojnie i cierpliwie, gdy mały się rozpraszał ona trąbą przyciągała go z powrotem. Gdy czują, że ktoś narusza ich przestrzeń dadzą znać, że im się to nie podoba, ale tez nie atakują. Po prostu uprzedzają o tym, że za blisko. One są potwornie skupione, nie wiem na czym, ale ich oczy są skupione i spokojne.

Oczywiście miałam do czynienia z szarżującym słoniem, ale gdy nie walczą o terytorium ich spokój i dostojność jest magiczna.

One uczą mnie spokoju, udziela mi się ich piękny, niezakłócony spokój.

Dlatego o słoniach będzie jeszcze nie raz, ale słonie są u mnie wszędzie. W głowie, w sercu, na wisiorku na szyi, na bransoletce, którą mam zawsze na ręku gdy wychodzę z domu bo to taki mój talizman.

Każde zwierze jest piękne nawet Bawół

Bawół – kolejny przedstawiciel Wielkiej Piątki.

img_-1-6
Opisywałam już słonie i uczciwie mówię, że słonie są moją ogromną miłością i jeszcze nie raz o nich napiszę.
Ale dziś będzie o Bawołach.

img_-1-7

img_-1-1

Specjalnie piszę wielką literą, bo one wzbudzają we mnie jakiś taki sama nie wiem… no w każdym razie czuję, że powinnam pisać z dużej litery.
Jest to ogromne zwierzę. Dorosły samiec waży około tonę. Jest to rodzaj bydła, ale jako jedyne z tego gatunku, którego nie dało się udomowić. Szczerze mówiąc nie dziwię się.

img_-6

img_-5

img_-5-1
Zaliczany jest do 5 najniebezpieczniejszych zwierząt Afryki. Ja osobiście jakoś nie czuję się komfortowo jak jestem zbyt blisko nich. Coś w tych oczach jest strasznego dla mnie 🙂

img_-1

Tutaj właśnie był bardzo blisko mnie i nie chronił mnie samochód. Przyznam szczerze, że panikowałam.

img_-2
Charakterystyczną cechą Bawołów są ich rogi potocznie nazywane hełmem. Ja jako kobieta wiszę w tym dziwnie zaczesaną i zastygłą grzywę 🙂 No przyjrzyjcie się sami 🙂
Im starszy osobnik tym twardszy i grubszy hełm.

img_-1-4

img_-2-1

img_-3

img_-1-5
Czasami zdarzało nam się znaleźć w środku stada, czasami przecinały nam drogę. Zawsze jednak czułam ich siłę.
Niestety na Bawoły dość często polują dorosłe lwy i zazwyczaj w grupie, bo nie jest łatwo powalić tak ogromne zwierze.

Niestety też statystyki mówią, że od Bawoła ginie około 200 osób rocznie. Jednak ja nadal uważam, że zwierze najpierw ostrzeże zanim zaatakuje, więc nie wiem w jakich okolicznościach zginęło te 200 osób.

img_-1-2

W każdym razie ja czuję respekt i nie zamierzam wchodzić im w drogę.

img_-4

img_-1-3

img_-4-1

img_-2-2

Krótko mówiąc moim zdaniem to takie brzydale bez których afrykański krajobraz dużo straciłby na swoim uroku. One muszą być.

My z Andrzejem mówimy w żartach, że to afrykańska Tatanka 🙂