Możesz przeczytać wszystkie książki tego świata radzące Ci jak żyć. Możesz wysłuchać wszystkich mędrców, którzy doradzą co masz zrobić i co myśleć. Ale jak sam/a nie posprzątasz cobie w głowie to nikt tego nie zrobi za Ciebie. Nie ma na to mądrego. A może to ja jestem zbyt oporna na wszystkie nauki tego świata?
Kiedy już czuję wiatr w skrzydłach, kiedy myślę, że już zawojuję świat zdarza się mała, maleńka rzecz, nic nie znacząca, a jednak. Wytrąca mnie totalnie z równowagi, wyrzuca na pobocze i nie pozwala wrócić na swój tor.
I wtedy leżę i z całych sił przypominam sobie wszystkie rady pani psycholog, wszystkie cytaty mądrych książek i … nic. Dalej leżę.
Obolała, poturbowana leżę i daję sobie czas. Potrzebuję. Najbardziej potrzebuję wiedzieć, że ktoś jest, że chroni. I nie musi być fizycznie obok, wystarczy sama świadomość obecności.
Ostatnio zastanawiałam się z przyjaciółką (mam nadzieję, że mogę ją tak nazywać) czy nasza pomoc innym osobom i tak dużej ilości naszej pomocy innym to jest rzeczywista chęć pomocy samej w sobie czy tylko karmienie naszego ego, że jesteśmy takie szlachetne. PO dyskusji, rozmowie i burzy mózgu doszłyśmy do wniosku, że nie, to nie jest nic związanego z ego, to po prostu wiara, że dzięki temu świat może być lepszy. Wiara i nadzieja, że ktoś może być szczęśliwy. Nie oczekujemy podziekowań, a już na pewno nie oczekujemy rewanżu. Po prostu pomagamy.
Tylko co w sytuacji gdy nam jest tak bardzo źle i same nie potrafimy wrócić z pobocza?
Wrócę, wiem to, bo mam cel w życiu, bo mam tę swoją siłę.
Tylko teraz jeszcze chwile poleżę…