CZEGO NIE MÓWIĆ

Nikt zdrowy nie zrozumie czym jest depresja. Mogę tłumaczyć na wiele sposobów, ogólnikowo, delikatnie lub walić prawdę między oczy. Nikt zdrowy nie pojmie jak to jest, gdy cała Twoja dzisiejsza energia właśnie została wyczerpana zaraz po otwarciu oczu i uświadomieniu sobie, że właśnie noc dobiegła końca i dzień trzeba przeżyć. Z uśmiechem i sympatią do świata, bo… Bo jesteś już zmęczona komentarzami „weź się w garść”, „czym ty się martwisz?”, „inni to dopiero mają zmartwienia”. Dla mnie pozostają umniejszenia. Moje problemy są mniej ważne, bo inni mają gorzej.

„Znam ludzi, którym w sercach zgasło, lecz mówią: ciepło nam i jasno, i bardzo kłamią, gdy się śmieją Wiem jak ułożyć rysy twarzy by smutku nikt nie zauważył.” Wisława Szymborska

Jestem dobrym słuchaczem, bo słyszę , nie tylko słucham. Mam w sobie tyle empatii, że mogłabym obdarować tym pół Warszawy. Słucham, rozumiem, doradzam.

Ale są takie dni jak dziś kiedy mam ochotę wrzeszczeć…

A CO MNIE TO KURWA OBCHODZI

Ale tego nie robię. I wszystko to co wypracowałam przez lata na terapii idzie w odstawkę, bo posłucham, doradzę, jak mogę to pomogę.

Ale ja też nie dźwigam tego świata, pandemii, trudnego biznesu, samotności.

W sobotę ukazał się w Wysokich obcasach bardzo przejmujący wywiad z popularną blogerką, pisarką, felietonistką Janiną Bąk http://www.janinadaily.com . Opowiada w nim o swojej chorobie psychicznej, a ja mam taką ogromną ochotę jej słuchać. I jest to dla mnie ogromnie oczyszczające, ponieważ wiele słów jest o mnie i dla mnie.

Przytoczę dziś dwa fragmenty, które szczególnie mnie poruszyły. Jednak wiem, że nie raz będę nawiązywała do tego wywiadu.

„Nie zawsze musimy wiedzieć co powiedzieć, ale zawsze musimy pamiętać czego nie powiedzieć”:

„Nigdy nie powiedzielibyśmy sobie chorującej onkologicznie, żeby wzięła się w garść to wyzdrowieje. Nie tłumaczymy osobie ze złamaną nogą, że wymyśla, bo gdyby tylko chciała i miała silną wolę to by zaczęła chodzić. Dlaczego więc robimy to wobec osób chorych psychicznie?

Bo gdy boli cie głowa, bierzesz tabletkę na ból. Gdy choruje na nadciśnienie bierzesz leki na obniżenie. Gdy choruje dusz, weź tabletkę na uleczenie jej.

A ja wiem, ze przyjdzie dobry dzień. Bo dziś jest źle, dziś musze odpocząć i porozmawiać ze sobą, ukoić myśli. Wiem, ze przyjdą dobre di, ponieważ jest ich coraz więc. Po prostu trzeba sobie dać czas.

nie zagłuszaj szumu lasu

11 kwietnia, niedziela, wiosna.

Od lat zmagam się z depresją i od lat żyłam w mroku. Siły dodawały mi moje psy i podróże do Afryki gdzie czułam się wolna.

Teraz jestem w Polsce, pierwsza wiosna w Polsce od kilku lat. Moje leczenie daje dobre efekty i mimo, że tęsknię za Afryką całą sobą to uczę się dostrzegać życie tu i teraz. W tych trudnych pandemicznych czasach każdy z nas żyje w stałym napięciu. Moja pani psycholog mówi, że jest to życie w traumie. Codziennie boimy się o zdrowie i życie swoje i bliskich, codziennie słyszymy o śmierci, niepewności jutra i zagrożeniu. To jest typowa trauma.

Jednak trzeba żyć. Przede wszystkim dla siebie, ale też dla najbliższych.

W poprzednim wpisie pisałam, że wybrałam życie. Bardzo skupiam się na terapii i na byciu tu i teraz . Pierwszy raz od lat widzę życie. Widzę każdy zielony listek, słyszę każdą nutę wyśpiewaną przez krzątające się przy gniazdach ptaki. Patrzę w niebo i widzę błękit.

Wiele osób zaczyna wiosnę od porządków w szafie. Ja natomiast zaczęłam od porządków w książkach. Przygotowałam książki, które chcę koniecznie przeczytać wiosną i latem.

Aha, przestaję mówić słowo „muszę”. Zastępuję go słowem „chcę”.

Nie, nie jestem zdrowa. Mam mnóstwo lęków, dopadają mnie chwile obniżonego nastroju, popadam w odrętwienia. Depresja będzie ze mną już całe życie. Ale w tej chwili cieszę się z efektów leczenia. I nawet gdyby ta poprawa miałaby trwać tylko kilka dni lub tygodni to ja ją chwytam i trzymam z całych sił.

Nie zagłuszam szumu lasu. Nie udaję, że jest inaczej.

Po prostu jestem TU i TERAZ.

depresja boli

Całkiem niedawno był mrok. Nie mogłam dostrzec nic poza granicę łóżka, czasem domu. Każda czynność, każde najmniejsze zadanie przerażało mnie w tak ogromnym stopniu, że czułam, że umieram. Jakbym była w pułapce bólu i strachu.

Wiedziałam, że życie toczy się obok, całkiem blisko jednak ja budząc się rano odliczałam godziny do końca dnia, kiedy będę mogła znowu zasnąć.

Potrzebuję o tym mówić, pisać, ponieważ wiem, że takich osób jak ja jest coraz więcej. Z zewnątrz wesołe, eleganckie, pełne pasji i pomysłów. Za zamkniętymi drzwiami samotne, przerażone, wyczerpane.

Ile razy człowiek może uśmiechać się gdy słyszy „ale ty masz świetne życie”, „wspaniale sobie radzisz”, jesteś taka młoda wszystko przed tobą”, „a jakie ty możesz mieć stresy, przecież wszystko masz”. Jak długo można udawać?

Miałam wrażenie, że jestem w jakiejś dziwnej grze, których reguł nie rozumiem. Ktoś może za mnie decydować, odpychać mnie i przyciągać kiedy mu pasuje, narzucać mi swoje zdanie lub nawet uzależniać według swoich potrzeb. Nie mogłam za światem nadążyć.

Zapadałam się coraz bardziej.

Jadłam coraz więcej, coraz mniej się ruszałam, nie pamiętałam, że kocham fotografię i ludzi.

Miałam wrażenie, ze jestem w dole i co już prawie wydrapałam się na powierzchnię, ziemia osypywała się i zakopywała mnie głębiej.

Co można komuś takiemu powiedzieć? Jak mu pomóc?

Być. Po prostu być.

Ja już stoję na własnych nogach. Czuje promienie słońca na twarzy i słyszę szczekanie moich szczęśliwych psów. Nawet już potrafię odróżnić śpiew sójki od krzyku szpaka. Czuję smak cytryny i słodycz miodu. Już stoję na własnych nogach.

Oczywiście zdarzają mi się epizody depresji, ona będzie ze mną już zawsze. Jednak coraz bardziej rozumiemy swoje potrzeby. Depresja czasem obejmuje prowadzenie jednak ja już szybko przejmuję kontrolę nad myślami i życiem. Bardzo pomogły mi wie książki i oczywiście terapia.

Wróciłam do pisania i fotografii. To takie piękne uczucie znów widzieć kadry.

Chodzę w czerni, ale nie w żałobie

Odkąd pamietam ubieram się cała na czarno. W ogóle w mojej szafie i głowie królują intensywne lub stonowane czerń, biel i szarość.

Owszem miałam taki epizod w życiu i zakładałam kolorowe ubrania. Było to kilka lat po Mamy śmierci, kiedy już poczułam, że nie muszę chodzić w żałobie. Jednak zawsze w takiej kolorowej stylizacji czułam się bardziej przebrana niż ubrana. 

Odkąd zaczęłam wychodzić z mroku i coraz bardziej rozumiem siebie wróciłam do mojego stylu. 

Kocham moją czerń. 

Kilka dni temu wybrałam się do świeżo otwartego centrum handlowego. Świeżo otwartego po lockdownie. 

Wybrałam się, żeby zobaczyć co nowego jest w księgarni i u jubilera, kupić sobie bieliznę. Popatrzeć na wystawy i ludzi. Ubrana byłam klasycznie, na czarno. Ładny czarny sweterek, garniturowe spodnie, czarne skarpetki i oczywiście moje niezniszczalne, ukochane Martensy. Maseczkę też miałam czarną i małą czarną torebkę listonoszkę. 

Tak czuję się dobrze. 

W jednym ze sklepów odzieżowych przeglądałam t-shirty. Tego w szafie nigdy dość, szczególnie dobrej jakości. Obok mnie były dwie kobiety. Matka z córką. Córka może ciut starsza ode mnie, a matka na pewno po siedemdziesiątce. Najczęściej podczas mich zakupów mam założone słuchawki, bo męczy mnie hałas. Tym razem jednak ich nie miałam i słyszałam rozmowę dwóch pań. 

Mama przymierzała sweter i coś nie bardzo sobie z nim radziła, poprosiła więc córkę o pomoc. Ta opryskliwie warknęła „to po co brałaś taki mały” Starsza pani coś tam po cichu jej tłumaczyła, że się ściąga, bo podkoszulka gruba itd. Po uporaniu się ze sweterkiem matka pyta jak wygląda, córeczka znowu niegrzecznie, że jakie to ma w jej wieku znaczenie. 

Ja coraz szybciej przesuwam wieszaki, nie oglądam już ubrań tylko staram się opanować oddech. 

Matka mówi „wiem, że Ci gorąco i jesteś zmęczona, to może innym razem pomożesz mi coś wybrać?”  i córeczka: „oj dobra jak już jesteśmy to wybieraj tylko szybciej”. Ja już jak kobieta w kasie zapierdzielam z wieszakami i czuję jak mi żyła na szyi wychodzi, a jak mi żyła na szyi wyjdzie to już koniec, nie zatrzymasz mnie. Matka pyta o spodnie i słyszę sapanie córki. 

I poszło… 

Powoli odwróciłam się w ich stronę, spojrzałam w oczy córce i matce odczekałam chwilę, żeby złapać oddech. Patrzę na siebie od stóp do głowy patrzę córce w oczy i mówię : oddałabym wszystko, żeby móc teraz doradzać Mamie i być z nią na zakupach… i cisza. 

Matka miała łzy w oczach, po starszych ludziach wzruszenie widać wyjątkowo wyraźnie, natomiast córka zamarła. Patrzyła na mnie i tą moją czerń i zamarła. Cisza, cisza, cisza i nagle słyszę „przepraszam Mamo”. Odwróciłam się i odeszłam. 

Mnie to nic nie kosztowało, moja czerń nie była spowodowana żałobą. Wręcz przeciwnie kocham ją, bo to ja. Ciesze się, że to zrobiłam, że odezwałam się. Nie potrafię iść przez życie obojętnie. Po prostu, takim wrażliwcom jak ja trudniej się żyje. Jednak mają też dobre momenty, mam poczucie, ze im pomogłam. 

Czuję, że jestem silniejsza. Czuję, że wreszcie wracam wgłąb siebie. 

To nie burza, to prawdziwe tornado

Pojawiła się w moim życiu w najlepszym możliwym czasie. Od początku wiedziałam, ze Yena nie jest w zastępstwie Wegi. Jest po prostu nowym światłem w życiu, które daje ogromną dawkę motywacji i refleksji nad chwilą. Czego może nas nauczyć maleńki, kilkutygodniowy piesek? Radości i ciekawości świata. Zdaję sobie sprawę, że tak samo jest gdy stajesz się młodym rodzicem i obserwujesz jak rozwija się i uczy życia Twoje dziecko.

Ja mam Yenę, maleńkiego psiaka, który świat poznaje gryząc. Dziś dumnie wkracza w 10 już tydzień. Jest już pieskim, który skacze na taras, chociaż czasem źle wymierzy i wślizgiem pojawia się na tarasie lub przyrżnie w zderzak samochodu, bo w biegu zapomni, że już pod żaden samochód się nie zmieści.

Jest wszędzie, każda najdrobniejsza rzecz jest super, żeby wziąć do pyska. Jeszcze przed chwilą była tu teraz jest tam. Już nie sprzątam zabawek, drzazg po zeżartych patykach czy waty z maskotek. Najlepszą zabawką i tak jest … worek foliowy i pognieciona plastikowa butelka. A nie przepraszam najbardziej super są dłonie, o tak, dłonie są najlepsze.

Życie zupełnie jest podporządkowane temu maleństwu. Hmm 10 tygodni i 8 kg wagi, że o wielkości łap nie wspomnę.

Nieprzespane noce, dzienna norma kroków wyrobiona, starte może sików i sprzątnięta góra kup.

Ale gdy znajdę chwilę i poprze przytulonego Draga do Ceny, a raczej odwrotnie wiem, że Wegunia czuwa nad nami i cieszy się, że to psisko ma taki dom, jaki ona miała.

Yena jest światłem w domu, radością i śmiechem.

Cisza przed burzą

Dziś całą sobą czuję ciszę przed burzą.

Już trzy tygodnie próbujemy ułożyć sobie z Dragiem życie. Życie bez naszej królowej.

Trzy tygodnie temu zabrakło w naszym życiu szczekania, pomrukiwania i tego słodkiego chrapania.

Jak wyglądały te trzy tygodnie? Dziwnie. Niby życie toczy się dalej, a jednak w domu zrobiło się bardzo cicho. Co ciekawe, to Wega nigdy nie była hałaśliwym psem. Wręcz przeciwnie. Od kilku lat była dostojną indywidualistką i szczekanie zostawiała młodzieży czyli Dragowi. A jednak gdy umarła zapadła przejmująca cisza.

Ale to nie jest smutny wpis.

To wpis o życiu. O tendencjach świata. Już tak jest na naszym świecie, że ktoś umiera, żeby urodzić mógł się ktoś.

Wegunia miała piękne życie pełne ogromnej ilości, swobody i psich luksusów, które ona sama ustalała. Przeżyła dwanaście cudownych psich lat. Przedłużanie jej życia byłoby barbarzyństwem. Nigdy nie pozwoliłabym na to. Miała schorowany kręgosłup, który bolał ją okropnie, mimo uśmierzających ból tabletek, masaży czy rehabilitacji. Tak tak, mój pies chodził na masaże i rehabilitacje dwa razy w tygodniu.

Gdy zachorowała na nowotwór i przeszła trudną operację obiecałam jej, że nie pozwolę jej cierpieć ani minuty. Jeśli lekarz powie, że już ból jest ogromny pozwolę jej odejść. I tak się stało.

Zawsze będzie moim światłem, królową i bratnią duszą. Zawsze.

Podczas jednej z sesji z psychologiem ułożyłam piękne stwierdzenie: Wegunia przeżywszy najpiękniejsze z możliwych psich żyć, skończyła je spokojna robiąc miejsce dla innego stworzenia. Po to, żeby teraz inny pies mógł kąpać się w tej niezmierzonej miłości.

Yena, przyszła na świat 4 grudnia 2020, a do mojego serca zupełnie niespodziewanie i nienachalnie jakieś półtora tygodnia temu. Ot koleżanka wstawiła na Facebooka post, ze ktoś ma szczeniaki do oddania. Nie myślałam, że to wiadomość dla mnie. Ja przed chwilą straciłam moją królową i nie chcę innego psa. Ale ona też nie pchała się do mojego domu. Tak po prostu miało być. Nawet nie wiem jak to się stało, że odpowiedziałam na to ogłoszenie. Porozmawiałam, zobaczyłam zdjęcie i wiedziałam, ze będę jej mamą. To tak jak z Wegą, zobaczyłam ją i od razu wiedziałam, że nie chcę żadnego innego psa. Drago w moje serce wkroczył równie zdecydowanie.

Yena po Zulu znaczy Ona.

Jutro będzie z nami w domu.

Przewróci do góry nogami ten nasz bezdzietny, poukładany świat. I ja jestem na to w 100% gotowa.

Dziś całą sobą czuję ciszę przed burzą. Burzą będzie Yena.

Kocham burze, moim zdaniem burza oczyszcza. Przynosi zmianę…

Moje wszystko, wega


Biegnij po lakach kochana, zlap zajaca i kota, ktorego zabranialam ci lapac. Tarzaj sie w wysokiej trawie i kop dziury w ziemi wielkosci basenu, a gdy zmeczysz sie choc to malo mozliwe wygrzej sie w sloncu i napij wody z kaluzy. Bylas najbardziej kochana sunia na swiecie, dawalas radosc, a tesknota jest rozdzierajaca, ale ukojenie daje mysl, ze juz nic cie nie boli. Jestes w sercach nas wszystkich. Spij, biegaj, dogon kota. Zaopiekujemy sie twoim Dragiem.

„To tylko pies..

To tylko pies, tak mówisz, tylko pies…
A ja ci powiem
Że pies to czasem więcej jest niż człowiek
On nie ma duszy, mówisz…
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
A kiedy się pożegnać trzeba
I psu czas iść do psiego nieba
To niedaleko pies wyrusza
Przecież przy tobie jest psie niebo
Z tobą zostaje jego dusza”
B. Borzymowska

jestem zmianą

Jestem zmianą

Ten rok zmienił tak wiele w nas. Czasami a nawet bardzo często czuję, że nic się nie zmienia. kiedy dopada mnie rutyna jestem chora. chodzi nerwowo jak dzikie zwierze w klatce. Często myślę, że nic się nie zmienia. jestem w tym samym miejscu, niewiele się dzieje. I ten wirus, widmo kolejnego lockdown’u. Co zrobię gdy nów pojawią się pełne ograniczenia. Znowu utknę, jakbym stała pod ścianą.

Ależ nie, wcale nie musi tak być.

Codziennie zmieniam się, uczę czegoś nowego. I nawet zamknięta w domu mogę tworzyć rozwijać się, zmieniać. Wystarczy, że myślami wrócę do miejsca, które jest takie jak kiedyś widzę jak długą drogę w życiu przeszłam. Jestem kobietą nie dziewczyną, Amelią nie Amelką. Jestem zmianą.

Pochłaniam książki, piszę dzienniki i blogi. Założyłam własną firmę i od lat nie poddaję się w jej tworzeniu i rozwijaniu. Skończyłam studia z wyróżnieniem i mam ogromną pasję w postaci Afryki. Jestem wielką zmianą.

Każdy z nas zmienia się każdego dnia. Po prostu tego nie zauważa. Trudno jest zatrzymać się i dostrzec jacy byliśmy, a jacy jesteśmy teraz.

Za bardzo gonimy, pędzimy za rzeczami materialnymi, słuchamy głosów o rozwoju o sukcesach. Gonimy za …. no właśnie za czym.

Zmieniamy się. Ja się zmieniam.

Diagnoza

Naczyniak krwionośny mięsakowy charakteryzuje się bardzo agresywnym zachowaniem biologicznym, z wczesnym i częstym występowaniem rozsiewu ogólnoustrojowego ( w tym przerzutów do płuc i prawego przedsionka). Rokowania po resekcji naczyniakowmięsaków śledziony u psów jest złe, z okresami przeżycia do trzech miesięcy. Gorzej rokują te przypadki, w których w momencie rozpoznania stwierdzono krwiobrzusze i pacjent trafił do lecznicy z objawami zapaści naczyniowej. 

Tak Wega tak trafila do lecznicy. Od operacji minęło 18 dni.

Diagnoza Wegi mnie zmiażdżyła

Nie mogę spać. W zasadzie od 9 dni prawie nie śpię.

Od ostatniego postu minęło 14 dni. Dwa tygodnie, niby nie długo, ale dla mnie wieczność. Opisywałam ogromny ból i strach. On jest nadal. Pewnie o tym opowiem, bo to jest we mnie, ale teraz w tej chwili, a jest 4 rano nie mam na to siły. Jeśli w tej chwili zacznę pisać o raku mojej suni, o fatalnych rokowaniach i mojej rozpaczy, nie zacznę tego dnia.

Odkąd pamiętam mam ogromną potrzebę pisania. Zawsze coś pisałam, dzienniki ( nadal piszę), notatki, sentencję. Mam dziesiątki pamiętników, notatników i karteluszek. I tym razem muszę pisać, bo mnie to rozwali od środka. A dlaczego akurat w tym miejscu, a nie w dzienniku? Bo może w ten sposób uda mi się uratować chociaż jednego psa. Bo mimo, że przed rakiem nie ma ucieczki, to częste badania mogą wykazać wczesną chorobę śledziony.

Wegunię i Dragunia badam regularnie. Tyle badań, częste wizyty u weterynarzy nie uchroniły nas przed nieszczęściem.

Przecież Drago miał wcześnie wyciętą śledzionę. Przez przypadek dowiedziałam się, że coś się dzieje niedobrego. Po prostu zrobił się osowiały i nie miał energii. Lekarz zasugerował Usg brzucha i tak wykryliśmy, że śledziona jest nieznacznie powiększona. Zdecydowaliśmy się usunąć chory narząd, ponieważ to nie wpływa niekorzystnie na jakość życia psa, a śledziona lubi się urakowić.

Dlatego jest mi tak trudno pogodzić się z diagnozą Wegi. Przecież nauczona doświadczeniem z Dragiem, badaliśmy Wegę regularnie. Ale, o czym ja mówię. Wega przed rezonansem magnetycznym na odcinek szyjny kręgosłupa miała robione pełne badania krwi. Badania były robione miesiąc przed naszym dramatem, a wyniki badań widziało trzech niezależnych lekarzy. Nowotwór był doskonale ukryty.

Naczyniak krwionośny mięsakowy… opowiem o nim w innym poście. Dziś apeluję, żeby badać regularnie swoje duże psiaki. Wiem wiem, można powiedzieć, że ok, ty badałaś i nic to nie dało. Owszem tak z tego postu wynika, jednak Wam może się udać. Czego z całego serca Wam życzę.

Inspirowana naturą codziennie szukam piękna w ludziach, życiu.