Wszystkie wpisy, których autorem jest amelkalh

Najczarniejszy dzień od 14 lat

Boże pomóż mi być takim człowiekiem, za jakiego bierze mnie mój pies

8 października 2020 roku był moim najczarniejszym dniem od 14 lat. Pisze nieskładnie, ale emocje są nadal świeże. 

Dzień nie zapowiadał niczego dramatycznego. Od kilku dni czułam się przemęczona i jakaś rozbita. Rozważałam wzięcie kilku dni może nawet tygodni urlopu. Sama prowadzę swoją firmę więc w zasadzie rozważałam przerwę na jakiś czas. Chciałam pozbierać myśli, nabrać dystansu. Byłam skupiona na tym jak mi źle i co mogę zrobić żeby to naprawić. 

Nie wiedziałam jeszcze, że za kilka godzin całkowicie odmieni się sposób mojego postrzegania życia. 

Wieczorem Wega, mój świat, moja sunia, moja bratnia dusza poczuła się źle. Pierwsza moja myśl, że to po zastrzyku z antybiotykiem na biegunkę, która męczyła ją od trzech dni. Jednak gdy nie chciała wyjść z samochodu, a po wyniesieniu jej od razu położyła się już wiedziałam, że mój pies cierpi. Spojrzała mi w oczy i zobaczyłam w nich rozpacz i strach. Tak tak, ja po spojrzeniu w oczy moim psom wiem, kiedy jest źle. Tak u obu psów wykryłam babeszjozę. 

Oczy mojej suni przepełnione były bólem i rozpaczą. 

Nie myślałam ani chwili. Włożyłam na siebie cokolwiek (dopiero w lecznicy zobaczyłam, że mam na sobie brudne dresy) i od razu pojechałam do lecznicy. To był moment. Nic nie czułam, o niczym nie myślałam, byłam jak maszyna i prostu chciałam już tam być. 

Szybka wizyta, szybkie Usg i jeszcze szybsza diagnoza. Pękł wielki guz i jest ogromne krwawienie do jamy brzusznej, pies się wykrwawia. Nie wiadomo czy guz wątroby czy śledziony, jak wątroby to będzie uśpienie psa śródoperacyjne, jak śledziony to jest niewielka szansa, to jest lepiej. Ale L. szybko został zabrany z Wegunią na Rtg, jeżeli są przerzuty to nawet nie będą operować. 

Tylko kilka zdań… a ja słyszę… 

Mój pies umiera, a ja razem z nią. Nie wiem czy są przerzuty, później orientuję się, że chyba nie skoro operacja trwa. Nie wiem czy oddycham, wiem, że drapię L. i błagam bezgłośnych skowytem, żeby mi los jej nie zabierał, bo umrę. Czułam, ze nie oddycham, ale nie mogę, bo ona umiera, a ja razem z nią. Pytam ostatkiem sił czy mogę ją jeszcze zobaczyć zanim umrzemy, słyszę tylko w oddali „nie mamy na to czasuuuuu, nie mamy na to czasuuu….” 

Duszno , jest mi duszno, mój rozum jest daleko, serce przestaje bić i tylko ten ból. Nawet nie wiedziałam, że w sekundę może zaboleć każda komórka ciała, jakby im też zabrakło tlenu. 

Wydaje mi się, że tak może czuć się człowiek, który tonie. Ja tonęłam w mojej rozpaczy. 

Czekaliśmy na korytarzu i było tak cicho. Lecznica była już nieczynna, jednak nam pozwolono zostać. Cisza była tak przejmująca. Miałam wrażenie, że słyszę maszyny ratujące jej życie i krzątaninę lekarzy. Gdy wyszła pa doktor i powiedziała, że guz śledziony popatrzyłam na nią z taką miłością. Patrzyłam na nią jakby zaświeciła jaśniej światło. 

Kolejna godzina i przychodzi do nas lekarz, który operował Wegunię. Operacja udała się, śledziona wycięta, była ogromna utrata krwi i decydujące będą kolejne dwie trzy doby. 

Pamiętam już tylko urywki, że na wyniki trzeba poczekać dwa tygodnie, że musi Wega zostać w szpitalu i o rokowaniach, że trzeba cieszyć się każdym dniem. A ja w tych wszystkich zdaniach i wyrazach słyszałam, że żyje, mój świat przeżył. 

Wega jest już w domu, jest obok mnie. Czasem pochrapuje przez sen. A ja musze ją czuć. Nie wystarczy mi, że ją widzę, muszę czuć, ręką dotknąć oba psy. Drago jest zawsze obok, czekał na Wegunię i tęsknił w każdej minucie. Ja muszę czuć ich oboję. Patrzę i czuję, że to jest cud, że je mam. 

Nie potrzebuję już urlopu, nie jest mi już źle w życiu. 

Moja Wega żyje, ja jeszcze nie. Jeszcze zostałam tam w lecznicy i wyję. Bo czekamy na wynik, bo mam cieszyć się każdym dniem z moim światem. 

Jednak najważniejsze jest to, że mam je obok. Wega i Drago. Moje dwa serca, światy. 

Rodzaje dyskryminacji…

Usłyszałam wczoraj historię jednej z moich klientek. Wspaniała dziewczyna, serdeczna i zawsze uśmiechnięta, chociaż ja w jej oczach widzę smutek.

Po wielu latach pracy poprosiła szefową o podwyżkę, nie dostała jej z odrażającego powodu. Bo nie ma dzieci. Co to kurwa za powód? Podwyżki nie dostaje się za złą pracę, za lekceważenie pracy, przełożonych i współpracowników a najważniejsze klientów.

Ja wiem i jestem pewna, że jej prymitywna szefowa też wie, że największe marzenie naszej bohaterki to być Mamą. Ale nawet gdyby nie wiedziała to nie jest powód, żeby nie dać podwyżki.

Byłam w podobnej sytuacji. Byłam dyskryminowana. Byłam wykorzystywana, pracowałam po godzinach w dni robocze, w wolne dla mnie weekendy i święta. W dniu Wigilii musiałam wysyłać przelewy firmowe lub raporty o obrotach. Nie udzielano mi urlopu. Inne dziewczyny brały wolne dni w najróżniejszych terminach, bo przecież mają dzieci.

znam to uczucie

Tak często spotykamy się my „nie mamy” z różnego rodzaju dyskryminacją. Zdarzało się tracić przyjaźnie, dlatego, że przyjaciółka zapomniała o mnie gdy zaszła w ciążę. Najbardziej bolało, gdy dowiadywałam się o jej stanie ostatnia. Zawsze słyszałam to samo: „nie wiedziałam jak ci powiedzieć”, „nie chciałam ci robić przykrości”. Tak straciłam przyjaciółkę, która była dla mnie jak siostra. Podczas naszej wieloletniej przyjaźni zawsze żaliłam się jej jak mnie boli to, że dowiaduję się tego ostatnia. Godzinami płakałam u niej zajadając żal. Błagałam ją, że jak będzie w ciąży, żeby powiedziała mi od razu. Dowiedziałam się ostatnia. Bo zapomniała o obietnicy. To boli.

To, że popłaczę w domu to nie znaczy, że nie cieszę się z jej szczęścia. Popłaczę nie z zazdrości tylko z żalu, że moje szanse maleją.

Siedziałam kiedyś w poczekalni do ginekologa. Wizyty były opóźnione. Przede mną jeszcze dwie panie. Wchodzi kobieta i mówi, że ona musi wejść bez kolejki, ponieważ ma zagrożoną ciąże i potrzebuje pilnej wizyty. Ok, wpuściłyśmy ją. Kobieta kobietę zrozumie. Weszła kolejna pani zgodnie z kolejnością potem następna. Myślę teraz moja kolej. Nagle w drzwiach pojawia się nowa pacjentka i wchodzi bez kolejki, bo w ciąży. Ok, kobieta kobietę zrozumie. Czyli już 1,5 h opóźnienia. W poczekalni zostałam sama. Wchodzi do poczekalni kolejna pani i pyta czy ja jestem w ciąży, bo ona tak i z błogim uśmiechem głaszcze zaokrąglony brzuch. Ja z krzywą miną siląc się na uśmiech nie bardzo wiem co powiedzieć. Wychodzi z gabinetu asystentka lekarza i wywołuje przyszłą mamę. A ja siedzę. Pytasz dlaczego siedzę, nic nie powiem? Bo pomijając, że z asertywnością nie mam nic wspólnego to jeszcze czuję się pusta w środku. Nie kobietą, nie zasługuję na swoje miejsce, bo nie jestem w ciąży, bo jetem gorsza od tych zapłodnionych, nic nie warta. I czekam i słyszę z gabinetu śmiech i radość i bicie dziecięcego serca. A u mnie w brzuchu nic, echo. I gryzę pięść, żeby zagłuszyć własne wycie. Tak, u ginekologa też doświadczyłam dyskryminacji.

Kobieta kobietę zrozumie?

Nie zawsze.

Teraz, po latach gdy wiem, ze już za mną nadzieja jestem silna. Już nie proszę o to żeby nie być ostatnią. Nie czekam na zrozumienie. Ale ja też nie rozumiem. Jeżeli czuję się w tej sprawie dyskryminowana po prostu to mówię. Może czasem zbyt agresywnie, ale w tym przypadku mam to w dupie.

Poruszyła mnie historia mojej klientki, bo wiem, że nas jest więcej. Wiem, ze jesteśmy pomijane, lekceważone lub niewidoczne.

Jesteśmy kobietami wartościowymi, często z pasjami, marzeniami, planami na przyszłość. Często ze smutkiem w oku, którego nie chce otoczenie zrozumieć i uszanować. Jesteśmy wartościowymi babkami, które mają dużo do powiedzenia światu. Nie lekceważcie nas. Nie omijajcie, bo spotkacie się z tym, że my ominiemy was.

Moja bohaterka rzuciła pracę. Brawo.

 

 

Nie ma powtórek

Czy malując nasze siwe włosy nie oszukujemy siebie, że jesteśmy młode/młodzi i mamy czas? Czy nie jest wtedy łatwiej myśleć, że mamy jeszcze czas i odkładamy życie na później?

Życie nie jest nam dane za zawsze, powtórek też niestety nie ma.

Uczę się żyć świadomie, nie obojętnie i mimo, że jest to cholernie trudne ja się nie poddam.

Ostatni tydzień był dla mnie bardzo trudny i szczerze mówiąc średnio sobie z nimi poradziłam.

Jednak dałam sobie czas, poukładałam myśli, przypomniałam sobie jak kruche jest życie. Jak mało jest na świecie szacunku do życia.

Zauważyłam, że dużo osób odkłada życie na później. Sama się na tym łapię, że czekam. Ale co gdy „później” nie będzie. Ja nie mówię o tym, żeby ciągle przewidywać najgorsze, chodzi mi bardziej o to, żeby korzystać z życia teraz.  Tu i teraz. Mój problem doskonale opisał Budda, cytat poniżej.

„Sekret zdrowia dla umysłu i ciała to nie opłakiwać przeszłości, nie martwić się o przyszłość lub oczekiwać problemów, ale żyć mądrze w chwili obecnej.”

Moja Mama miała 44 lata gdy zdiagnozowano u niej glejaka, guza mózgu, musiała zrezygnować z ukochanej pracy, zrezygnować z jazdy samochodem. Po prostu ma Pani guza mózgu, koniec, idzie Pani na rentę, do widzenia. W wieku 44 świat i życie powiedziało Mamie adiós.

Półtora roku temu moja ukochana klientka miała bardzo ciężki wypadek, wjechała na nieoznakowanym przejeździe kolejowym pod pociąg. Kobieta serdeczna, pełna życia, ciepła, cudowna Babcia i Mama. Miała całą furę pomysłów na życie, planów. Miałyśmy się spotkać jeszcze wiele razy.

Bliskich i trochę dalszych odchodzi zbyt często.

Mama miała 44 lata, Pani Grażynka 56. Ja mam 42 lat.

Naprawdę chcę żyć. Chcę żyć w zgodzie ze sobą. Nie chcę żyć obojętnie obok.

Nie, nie zastanawiamy się nad tym. Po prostu gonimy dalej. Gdy ktoś opowiada o swoich problemach tak łatwo jest pomyśleć, dobrze że u mnie tak nie ma. A ja zapytam czy na pewno? Czy po prostu nie chcesz się zagłębiać w swoje życie, ze strachu, że odkryjesz co powinieneś zmienić? Nie wiem, może więcej czasu poświęcić dla siebie lub dla bliskich, którzy tęsknią, a może odpuścić wreszcie i nie gonić za kimś kto Ciebie nie chce.

Mamy jedno życie i chciałabym usiąść kiedyś w fotelu i powiedzieć, przeżyłam życie jak chciałam.

Nie odkładaj życia na później, ale też nie myśl, że jesteś na coś za stary. Nigdy nie jest za późno na odrobinę egoizmu i zadbanie o siebie.

Czasem gdy jest mi tak bardzo źle, siadam sobie w miękkim, bujanym fotelu, patrzę na zdjęcie Mamy i pytam jej co mam robić. I zawsze dostaję tę samą odpowiedź „ŻYJ”. Życie jest darem.

Mniej więcej od 9 lat choruję na depresję. Jest ze mną  każdego dnia, raz wygrywam ja raz ona. Jednak od niedawna, gdy opadam z sił Mama szepcze „Żyj”, wstaję wtedy i wiem, że jestem silna i nie zmarnuję ani jednego dnia dłużej.

Życie nie jest na zawsze i nie ma powtórek.

Dlatego żyj tu i teraz.

 

o marzeniach, o których nawet nie marzyłam

Czasami życie kieruje nas w inną stronę niż zamierzamy iść. I choć nie od razu rozumiemy znaczenia tych zdarzeń z czasem może okazać się, ze spełniło nasze ogromne marzenie, o którym nawet nie śmieliśmy śnić. Tak było ze mną i moją Afryką. 

Kiedy pierwszy raz leciałam do Afryki było mi ciężko, ponieważ ta podróż oznaczała nie spełnione inne wielkie nadzieje. Jednak gdy pierwszy raz poczułam zapach, słońce na skórze i atmosferę Afryki , wiedziałam, że być tutaj było moim przeznaczeniem. 

W tej chwili ogólnie opowiem Wam co pokochałam w Afryce. Jednak obiecuję, że wpisów o Afryce będzie dużo więcej. 

Pokochałam zapach. Zapach rozgrzanej słońcem ziemi i zapach buszu o wschodzie słońca. Zapach rozgrzanej ziemi to uczucie upału, suszy i poszukiwania wody. To busz lub pustynia zastygła w oczekiwaniu na cień i wieczorne ochłodzenie. To tak jakbyś całym sobą chłonął cieszę napotkaną gdzieś z dala od problemów i pędzie w świecie. 

Pokochałam słońce, które otula całe ciało jak ramiona Matki. Budzisz się rano i widzisz niebo usłane chmurami, ale to nie jest nic złego, wiesz, ze słońce za chwilę wypali chmury i ukarze bezkres błękitnego nieba. Często mam wrażenie, że niebo jest jakieś większe niż w Europie. Słońce świeci wyżej a chmury są ogromne aż po horyzont. 

Bardzo pokochałam ludzi i ich różnorodność. Zawsze powtarzam, że w Afryce nikt nie jest dziwny, „inny”, ponieważ tam nie ma norm. Można żyć w zgodzie ze sobą, swoją wiarą, poglądami i orientacją, stylem życia i ubierania. Nie ma norm. 

Pokochałam ludzi za ich serdeczność i jakąś taką ciekawość. 

Pokochałam widoki. Przestrzeń i drogi bez końca. 

Południowa Afryka, Namibia, Botswana to mój świat. Afryka jest we mnie. 

Nie raz opowiem o podróżach po tym niesamowitym kawałku świata. 

Pan Tadeusz

Nie wiem ile ma lat, nie znam jego historii, ale on zostanie w moim sercu na zawsze. Człowiek znikąd, niewyróżniający wśród ludzi. Cichy, skromny człowiek aż do bólu, w poczekalni starego szpitala czeka z nami na spóźnionego lekarza. Wszyscy jesteśmy sobie równi, niezależnie od wieku, płci, pochodzenia i statusu, jesteśmy pacjentami tego samego szpitala, oddziału, jesteśmy równi. Rozmawiamy głośno, ponieważ niektórzy nie słyszą dobrze, ale i humory dopisują więc opowiadamy sobie różne historie i żarty. A pan znikąd siedzi obok i gdybym go nie zaczepiła to pewnie nie odezwałby się ani słowem. Ja jestem gaduła, od niedawna odkopuję dawną Amelię, więc coraz częściej wszędzie mnie pełno. Nawet nie pamiętam o czym zagadałam do Pana obok, chyba coś o tym czy też ma zakroplone oczy. Nigdy, przenigdy nie sądziłabym, że od tych paru słów zmieni się moje myślenie, jakby mnie ktoś obudził z twardego snu. Zaczęliśmy rozmawiać, ja gaduła, on potwornie skrępowany. Inni oczywiście nie zwrócili uwagi na mojego rozmówcę. A my po prostu rozmawialiśmy. Na początku o okulistach, o cukrzycy i jej objawach i nagle On mówi mi, że od lat codziennie przed snem myśli, że jutro będzie dobry dzień, że wszystko będzie dobrze. Aż mnie zatkało, przecież widać na kilometr, że to chodząca samotność i skromność, a on mi mówi, że od lat przed snem myśli, że jutro będzie dobry dzień?!? Skąd ty się wziąłeś człowieku ?!? To ja młoda, zdrowa codziennie zamartwiam się wszystkim, stresuję każdą materią na tym świecie, a Ty biedo chodząca mówisz mi spokojnie z uśmiechem wynurzającym się spod długich wąsów, że codziennie wierzysz, że jutro wszystko będzie dobrze?!?
Poczułam wstyd, że tak nie można, nie mogę marnować życia, zwyczajnie nie mam do tego prawa.
I tak jak nagle zaczęliśmy rozmawiać, tak nagle przestaliśmy. Po prostu musiałam po badaniu wracać do siebie, ale coś we mnie już pękło. Po prostu już nie mogłam się na niczym skupić, odnalazłam tego pana na oddziale w sali numer pięć. Siedział skulony przy szpitalnej szafeczce i jadł ten okropny ryż z jabłkami, który dali nam na obiad. Jadł i jakby się modlił, nie prosząc o nic. Po prostu tam był. Weszłam do sali i zapytałam o imię, na imię ma Tadeusz. Gdy mnie zobaczył, był tak zaskoczony, że aż zaniemówił. Powiedziałam mu, że piszę dzienniki i opisuję zdarzenia, historie, a także piszę o wyjątkowych ludziach, których jest mi dane spotkać na swojej drodze. A przecież on mi powiedział wiersz w poczekalni Tuwima o spóźnionym słowiku.
Nie wiem ile Pan Tadeusz ma lat, pewnie ze dwa razy więcej ode mnie, ale dzięki niemu zrozumiałam, że czas wziąć się za siebie i szanować to co mam. Cieszyć się każdym dniem. Nie jestem w stanie opisać, a nawet nazwać tego w myślach jak bardzo się ucieszył, gdy zapytałam czy mogę czasem wysłać do niego list z Afryki lub innego miejsca na ziemi, ta jego radość pomieszana z niedowierzaniem, że ktoś się przy nim zatrzymał i zauważył. Zapytał cicho, aż poprosiłam o powtórzenie, czy mogłabym czasem na trzy minuty zadzwonić i powiedzieć jak było w podróży.
A ja skarżę się na samotność?
Łóżko pościelone idealnie, na kocu równo ułożony stary, wysłużony modlitewnik, szampon, stara książka, chyba kryminał, długopis i on skromnie pochylony nad talerzem ciepłego ryżu.
Poczułam wstyd. Wstydziłam się samej siebie. Jak mogę się skarżyć na samotność, jak mogę myśleć, że jest źle. Owszem jest trudno, ale czy aż tak? Czy bardziej niż Panu Tadeuszowi?
Czy ze mną jest coś nie tak, że nie potrafię przejść obojętnie? Czy potrafimy dostrzegać ludzi ciekawych, ale tak bardzo skromnych. Czy ten świat pochłonął już delikatność i wrażliwość a pozostawił gonitwę za dobrobytem i prześciganie czasu jakby doba musiała być dłuższa?
Czy jestem odmieńcem, dziwadłem, że porusza mnie człowiek, który cieszy się ze zwykłej rozmowy z drugą osobą? Nie wiem, ale dobrze mi z tym. Taka jestem, pokrzywiona, dziwna, inna.
I napiszę list do Pana Tadeusza, żeby mógł poczuć, że nie jest całkiem sam na tym świecie.

życie z bólem

Żyć z bólem. Jak to jest? Nie miło.

Żyję z bólem głowy już od kilku lat, może ośmiu. Już nie liczę.

Nikt nie może tego zdiagnozować.

Zaczęło się gdy pracowałam na etacie. Permanentny stres, szczucie, plotki, praca nawet w wolne dni i święta. Organizm powiedział STOP. Lekarz z resztą też. Usłyszałam wiele diagnoz łącznie z guzem mózgu (bez badań), padaczką i.in.  Po kolejnej utracie przytomności i pobycie u lekarza usłyszałam „albo praca i stres albo życie” Wybrałam życie!

Miałam ogromną wiarę, że po odejściu z toksycznego środowiska poczuję się lepiej. Nie sądziłam, że ten stres już spowodował takie spustoszenie w organizmie. Usłyszałam kolejną diagnozę, depresja. To był trudny czas przeplatany nadzieją i spokojem. Miałam Anioła Stróża.

Terapia, rozmowy, zaglądanie wgłąb siebie pomogły mi stanąć na nogi. Już się nie boję. Nie mam lęków gdy słyszę dzwoniący telefon, nie boję się popełniać błędów i wierzę w siebie. Ataki paniki zdarzają się coraz rzadziej i lubię siebie. Nie gonię ślepo za akceptacją i nie potrzebuję ciągłej obecności ludzi.

Dzięki terapii odbudowuję relacje z najbliższą rodziną, ponieważ po śmierci Mamy nie zdaliśmy egzaminu i nie poradziliśmy sobie wspólnie. Każdy poszedł w swoją stronę. Teraz już jest nareszcie dobrze. Jestem szczęśliwa. Tylko ten ból… ten ciągły ból głowy. Byłam w wielu szpitalach, byłam na wiele sposobów badana i nie wiadomo skąd on się bierze. Nasila się, gdy zaczynam się stresować lub czymś po prostu martwić. Jest to taki mój ciężar, który noszę od kilku lat.

Teraz doceniam chwilę gdy nie boli. Łapię te momenty i nie puszczam. Co wtedy robię? Uśmiecham się i robię rzeczy, których inni, zdrowi nie zauważają lub nie lubią. Prasuję, sprzątam, gotuję i ćwiczę. Gdy boli głowa, każda czynność to męka, jest wtedy w mojej głowie ciemno i za głośno. Dlatego łapię chwilę i widzę detale. Moją małą lawendę, która budzi się wiosną do życia. Moje psy pełne ogromnej miłości, kocham Afrykę i przeglądam zdjęcia, bo prowadzę dwa a nawet trzy profile w mediach społecznościowych. Po prostu ciesze się życiem. Mam Anioła Stróża.

W tej chwili czekam na kolejną wizytę u neurologa.

 

 

co dalej?

Jestem pewna, że zabraknie nam życia, aby dowiedzieć się czym naprawdę jest coronavirus. Nie wiem czy w ogóle ktoś kiedyś pozna prawdę. Jedyne czego jestem pewna, to to, że zmienił nasze życie na zawsze.

Nie potrafię ogarnąć wielkości zniszczeń jakie spowodował. Można dyskutować na temat procentu umieralności w stosunku do ilości ludzi na świecie, ale nie można zaprzeczyć jak dużo nieszczęścia na nas sprowadził.

W każdej dziedzinie są dramaty. Ludzie umierają z wielu powodów np. z głodu, z powodu nowotworów, w wypadkach komunikacyjnych czy na koronawirusa, grypę, zawały serca.

Ja widzę też nieszczęścia ludzi, którzy przez kwarantannę musieli zamknąć swoje dobrze prosperujące przedsiębiorstwa. Z godziny na godzinę, zgaszono światło i czekamy. Ale na co? Wirus sam z siebie nie zniknie, a za coś trzeba żyć. Wielkie lotniska, firmy produkcyjne, restauracje i małe sklepiki. Wszystko zamknięte na klucz.

Co dalej?

Nie wiem. Gdy zamknę oczy robi się cicho. Mam wrażenie, że ludzie zatopieni są we własnych myślach, przestraszeni co dalej.

Nawet mój czteroletni bratanek w pewnym momencie powiedział do mamy „szkoda, że koronawirus zabrał nam spokój”. Tymi słowami można określić panującą obecną atmosferę.

Gospodarka powoli otwiera oczy. Poszczególne państwa znoszą zakazy, a ludzie wyraźnie są zmęczeni restrykcjami. Coraz więcej osób jest na ulicach. Ale, w centrach handlowych jest ponura cisza. Na lotniskach nie widać rozwijającej się turystyki. Boimy się? Chyba jednak tak.

Najgorsza chyba jest ta niewiedza, dezorientacja. Z tym sobie najmniej radzę.

Człowiek nie docenia wolności dopóki jej nie straci.

czas w domu

Nie jesteśmy przystosowani do siedzenia w domu. Jesteśmy stworzeni do działania. Wiek produktywny nie mylić z reproduktywnym został znacznie przesunięty. Tak jak jeszcze 30 lat temu osoba w wieku 60 lat to był znacząco starszy człowiek, tak teraz wiek 70-73 to całkiem normalny wiek, w którym człowiek dziala, często odkrywa pasje i spełnia marzenia. Mój Tata ma 73 lata i nadal prowadzi aktywny tryb życia. Zimą jeździ na nartach, latem pokonuje duże odległości rowerem.

Czasy pandemii zatrzymały nas w domu. Na początku (pomijając stres) cieszyliśmy się domem, rodziną. Przyszła wiosna, pojawiło się w przyrodzie nowe życie. Było nienajgorzej. Natomiast już jest mi źle. Dom już nie kojarzy się z odpoczynkiem i wytchnieniem. Już chyba w każdym kącie miałam miejsce do pracy. Wszędzie siedziałam z laptopem pracując. Złamałam chyba wszystkie zasady, wskazówki psychologów. Mianowicie, aby wyznaczyć sobie godziny pracy, hmm, pracuje non stop; wyznaczyć miejsce do pracy i tylko tam pracować, ja jeszcze chyba tylko w kotłowni nie pracowałam. Już chyba wszyscy tęsknimy za dawnym rytmem.

Ale czy jesteśmy o coś mądrzejsi? Ja na pewno tak. Doceniam wszystko co mam. Dostrzegłam detale dnia codziennego i wiem za czym chcę tęsknić. Za polegiwaniem na tarasie, za skradzionymi chwilami na trawie w ogrodzie i czytaniem książki w łóżku. Chcę za tym tęsknić pracując i dając światu jak najwięcej siebie. Bo jestem w takim wieku, że na polegiwanie przyjdzie jeszcze czas.

 

Jedna jaskółka czyni wiosnę

Szukam świata,

w którym jedna jaskółka 

czyni wiosnę

Gdzie szewc chodzi w butach

Gdzie jak Cię widza 

to Dzień Dobry

Szukam świata

w którym

Człowiek człowiekowi 

człowiekiem. 

Dlatego opowiem Wam o Panu Tadeuszu.

Nie wiem ile ma lat, nie znam jego historii, ale on zostanie w moim sercu na zawsze. Człowiek znikąd, niewyróżniający wśród ludzi. Cichy, skromny człowiek aż do bólu, w poczekalni starego szpitala czeka z nami na spóźnionego lekarza. Wszyscy jesteśmy sobie równi, niezależnie od wieku, płci, pochodzenia i statusu, jesteśmy pacjentami tego samego szpitala, oddziału, jesteśmy równi. Rozmawiamy głośno, ponieważ niektórzy nie słyszą dobrze, ale i humory dopisują więc opowiadamy sobie różne historie i żarty. A pan znikąd siedzi obok i gdybym go nie zaczepiła to pewnie nie odezwałby się ani słowem. Ja jestem gaduła, od niedawna odkopuję dawną Amelię, więc coraz częściej wszędzie mnie pełno. Nawet nie pamiętam o czym zagadałam do Pana obok, chyba coś o tym czy też ma zakroplone oczy. Nigdy, przenigdy nie sądziłabym, że od tych paru słów zmieni się moje myślenie, jakby mnie ktoś obudził z twardego snu. Zaczęliśmy rozmawiać, ja gaduła, on potwornie skrępowany. Inni oczywiście nie zwrócili uwagi na mojego rozmówcę. A my po prostu rozmawialiśmy. Na początku o okulistach, o cukrzycy i jej objawach i nagle On mówi mi, że od lat codziennie przed snem myśli, że jutro będzie dobry dzień, że wszystko będzie dobrze. Aż mnie zatkało, przecież widać na kilometr, że to chodząca samotność i skromność, a on mi mówi, że od lat przed snem myśli, że jutro będzie dobry dzień?!? Skąd ty się wziąłeś człowieku ?!? To ja młoda, zdrowa codziennie zamartwiam się wszystkim, stresuję każdą materią na tym świecie, a Ty biedo chodząca mówisz mi spokojnie z uśmiechem wynurzającym się spod długich wąsów, że codziennie wierzysz, że jutro wszystko będzie dobrze?!?
Poczułam wstyd, że tak nie można, nie mogę marnować życia, zwyczajnie nie mam do tego prawa.
I tak jak nagle zaczęliśmy rozmawiać, tak nagle przestaliśmy. Po prostu musiałam po badaniu wracać do siebie, ale coś we mnie już pękło. Po prostu już nie mogłam się na niczym skupić, odnalazłam tego pana na oddziale w sali numer pięć. Siedział skulony przy szpitalnej szafeczce i jadł ten okropny ryż z jabłkami, który dali nam na obiad. Jadł i jakby się modlił, nie prosząc o nic. Po prostu tam był. Weszłam do sali i zapytałam o imię, na imię ma Tadeusz. Gdy mnie zobaczył, był tak zaskoczony, że aż zaniemówił. Powiedziałam mu, że piszę dzienniki i opisuję zdarzenia, historie, a także piszę o wyjątkowych ludziach, których jest mi dane spotkać na swojej drodze. A przecież on mi powiedział wiersz w poczekalni Tuwima o spóźnionym słowiku.
Nie wiem ile Pan Tadeusz ma lat, pewnie ze dwa razy więcej ode mnie, ale dzięki niemu zrozumiałam, że czas wziąć się za siebie i szanować to co mam. Cieszyć się każdym dniem. Nie jestem w stanie opisać, a nawet nazwać tego w myślach jak bardzo się ucieszył, gdy zapytałam czy mogę czasem wysłać do niego list z Afryki lub innego miejsca na ziemi, ta jego radość pomieszana z niedowierzaniem, że ktoś się przy nim zatrzymał i zauważył. Zapytał cicho, aż poprosiłam o powtórzenie, czy mogłabym czasem na trzy minuty zadzwonić i powiedzieć jak było w podróży.
A ja skarżę się na samotność?
Łóżko pościelone idealnie, na kocu równo ułożony stary, wysłużony modlitewnik, szampon, stara książka, chyba kryminał, długopis i on skromnie pochylony nad talerzem ciepłego ryżu.
Poczułam wstyd. Wstydziłam się samej siebie. Jak mogę się skarżyć na samotność, jak mogę myśleć, że jest źle. Owszem jest trudno, ale czy aż tak? Czy bardziej niż Panu Tadeuszowi?
Czy ze mną jest coś nie tak, że nie potrafię przejść obojętnie? Czy potrafimy dostrzegać ludzi ciekawych, ale tak bardzo skromnych. Czy ten świat pochłonął już delikatność i wrażliwość a pozostawił gonitwę za dobrobytem i prześciganie czasu jakby doba musiała być dłuższa?
Czy jestem odmieńcem, dziwadłem, że porusza mnie człowiek, który cieszy się ze zwykłej rozmowy z drugą osobą? Nie wiem, ale dobrze mi z tym. Taka jestem, pokrzywiona, dziwna, inna.
I napiszę list do Pana Tadeusza, żeby mógł poczuć, że nie jest całkiem sam na tym świecie.
Taka jestem. Amelia

nie tylko o podróżach…

Czy wiecie co znaczy Kenako ?

Wyjaśniam to na nowym blogu, który zaczęłam pisać już na oficjalnej stronie http://www.kenako-africa.com, ale tu też wyjaśnię, bo to szczególnie ważne w kontekście mojej decyzji o zmianie sposobu pisania.

Hasło „kenako” kryje w sobie „to najważniejszy czas na…”; „teraz jest Twój czas…”;

Zaczęłam pisać tego bloga moje-kenako, z myślą, ze to właśnie mój czas. Jednak miłość do Afryki przerodziła moje pisanie w przewodnik po RPA i nie ma nic w tym złego 🙂 Tylko, że dojrzałam już do pisania więcej o życiu, które mnie otacza. Życiu ciekawym, pięknym, wkurzającym, przerażającym i zbyt szybko przemijającym.

Od lat obserwuję życie, ludzi i bezustannie sprawdzam czy rzeczywiście każdy jest kowalem własnego losu…

Nie zawsze będzie wesoło i lekko, będzie jak w życiu…

Dlatego wszystkich, którzy są zainteresowani wspólną podróżą po życiu Amelii zapraszam na mojekenako, jeśli jednak wolicie podróże po Afryce zapraszam serdecznie na blog na stronie http://www.kenako-africa.com.

Wszędzie jesteście miło widziani 🙂