Nie ma powtórek

Czy malując nasze siwe włosy nie oszukujemy siebie, że jesteśmy młode/młodzi i mamy czas? Czy nie jest wtedy łatwiej myśleć, że mamy jeszcze czas i odkładamy życie na później?

Życie nie jest nam dane za zawsze, powtórek też niestety nie ma.

Uczę się żyć świadomie, nie obojętnie i mimo, że jest to cholernie trudne ja się nie poddam.

Ostatni tydzień był dla mnie bardzo trudny i szczerze mówiąc średnio sobie z nimi poradziłam.

Jednak dałam sobie czas, poukładałam myśli, przypomniałam sobie jak kruche jest życie. Jak mało jest na świecie szacunku do życia.

Zauważyłam, że dużo osób odkłada życie na później. Sama się na tym łapię, że czekam. Ale co gdy „później” nie będzie. Ja nie mówię o tym, żeby ciągle przewidywać najgorsze, chodzi mi bardziej o to, żeby korzystać z życia teraz.  Tu i teraz. Mój problem doskonale opisał Budda, cytat poniżej.

„Sekret zdrowia dla umysłu i ciała to nie opłakiwać przeszłości, nie martwić się o przyszłość lub oczekiwać problemów, ale żyć mądrze w chwili obecnej.”

Moja Mama miała 44 lata gdy zdiagnozowano u niej glejaka, guza mózgu, musiała zrezygnować z ukochanej pracy, zrezygnować z jazdy samochodem. Po prostu ma Pani guza mózgu, koniec, idzie Pani na rentę, do widzenia. W wieku 44 świat i życie powiedziało Mamie adiós.

Półtora roku temu moja ukochana klientka miała bardzo ciężki wypadek, wjechała na nieoznakowanym przejeździe kolejowym pod pociąg. Kobieta serdeczna, pełna życia, ciepła, cudowna Babcia i Mama. Miała całą furę pomysłów na życie, planów. Miałyśmy się spotkać jeszcze wiele razy.

Bliskich i trochę dalszych odchodzi zbyt często.

Mama miała 44 lata, Pani Grażynka 56. Ja mam 42 lat.

Naprawdę chcę żyć. Chcę żyć w zgodzie ze sobą. Nie chcę żyć obojętnie obok.

Nie, nie zastanawiamy się nad tym. Po prostu gonimy dalej. Gdy ktoś opowiada o swoich problemach tak łatwo jest pomyśleć, dobrze że u mnie tak nie ma. A ja zapytam czy na pewno? Czy po prostu nie chcesz się zagłębiać w swoje życie, ze strachu, że odkryjesz co powinieneś zmienić? Nie wiem, może więcej czasu poświęcić dla siebie lub dla bliskich, którzy tęsknią, a może odpuścić wreszcie i nie gonić za kimś kto Ciebie nie chce.

Mamy jedno życie i chciałabym usiąść kiedyś w fotelu i powiedzieć, przeżyłam życie jak chciałam.

Nie odkładaj życia na później, ale też nie myśl, że jesteś na coś za stary. Nigdy nie jest za późno na odrobinę egoizmu i zadbanie o siebie.

Czasem gdy jest mi tak bardzo źle, siadam sobie w miękkim, bujanym fotelu, patrzę na zdjęcie Mamy i pytam jej co mam robić. I zawsze dostaję tę samą odpowiedź „ŻYJ”. Życie jest darem.

Mniej więcej od 9 lat choruję na depresję. Jest ze mną  każdego dnia, raz wygrywam ja raz ona. Jednak od niedawna, gdy opadam z sił Mama szepcze „Żyj”, wstaję wtedy i wiem, że jestem silna i nie zmarnuję ani jednego dnia dłużej.

Życie nie jest na zawsze i nie ma powtórek.

Dlatego żyj tu i teraz.

 

o marzeniach, o których nawet nie marzyłam

Czasami życie kieruje nas w inną stronę niż zamierzamy iść. I choć nie od razu rozumiemy znaczenia tych zdarzeń z czasem może okazać się, ze spełniło nasze ogromne marzenie, o którym nawet nie śmieliśmy śnić. Tak było ze mną i moją Afryką. 

Kiedy pierwszy raz leciałam do Afryki było mi ciężko, ponieważ ta podróż oznaczała nie spełnione inne wielkie nadzieje. Jednak gdy pierwszy raz poczułam zapach, słońce na skórze i atmosferę Afryki , wiedziałam, że być tutaj było moim przeznaczeniem. 

W tej chwili ogólnie opowiem Wam co pokochałam w Afryce. Jednak obiecuję, że wpisów o Afryce będzie dużo więcej. 

Pokochałam zapach. Zapach rozgrzanej słońcem ziemi i zapach buszu o wschodzie słońca. Zapach rozgrzanej ziemi to uczucie upału, suszy i poszukiwania wody. To busz lub pustynia zastygła w oczekiwaniu na cień i wieczorne ochłodzenie. To tak jakbyś całym sobą chłonął cieszę napotkaną gdzieś z dala od problemów i pędzie w świecie. 

Pokochałam słońce, które otula całe ciało jak ramiona Matki. Budzisz się rano i widzisz niebo usłane chmurami, ale to nie jest nic złego, wiesz, ze słońce za chwilę wypali chmury i ukarze bezkres błękitnego nieba. Często mam wrażenie, że niebo jest jakieś większe niż w Europie. Słońce świeci wyżej a chmury są ogromne aż po horyzont. 

Bardzo pokochałam ludzi i ich różnorodność. Zawsze powtarzam, że w Afryce nikt nie jest dziwny, „inny”, ponieważ tam nie ma norm. Można żyć w zgodzie ze sobą, swoją wiarą, poglądami i orientacją, stylem życia i ubierania. Nie ma norm. 

Pokochałam ludzi za ich serdeczność i jakąś taką ciekawość. 

Pokochałam widoki. Przestrzeń i drogi bez końca. 

Południowa Afryka, Namibia, Botswana to mój świat. Afryka jest we mnie. 

Nie raz opowiem o podróżach po tym niesamowitym kawałku świata. 

Pan Tadeusz

Nie wiem ile ma lat, nie znam jego historii, ale on zostanie w moim sercu na zawsze. Człowiek znikąd, niewyróżniający wśród ludzi. Cichy, skromny człowiek aż do bólu, w poczekalni starego szpitala czeka z nami na spóźnionego lekarza. Wszyscy jesteśmy sobie równi, niezależnie od wieku, płci, pochodzenia i statusu, jesteśmy pacjentami tego samego szpitala, oddziału, jesteśmy równi. Rozmawiamy głośno, ponieważ niektórzy nie słyszą dobrze, ale i humory dopisują więc opowiadamy sobie różne historie i żarty. A pan znikąd siedzi obok i gdybym go nie zaczepiła to pewnie nie odezwałby się ani słowem. Ja jestem gaduła, od niedawna odkopuję dawną Amelię, więc coraz częściej wszędzie mnie pełno. Nawet nie pamiętam o czym zagadałam do Pana obok, chyba coś o tym czy też ma zakroplone oczy. Nigdy, przenigdy nie sądziłabym, że od tych paru słów zmieni się moje myślenie, jakby mnie ktoś obudził z twardego snu. Zaczęliśmy rozmawiać, ja gaduła, on potwornie skrępowany. Inni oczywiście nie zwrócili uwagi na mojego rozmówcę. A my po prostu rozmawialiśmy. Na początku o okulistach, o cukrzycy i jej objawach i nagle On mówi mi, że od lat codziennie przed snem myśli, że jutro będzie dobry dzień, że wszystko będzie dobrze. Aż mnie zatkało, przecież widać na kilometr, że to chodząca samotność i skromność, a on mi mówi, że od lat przed snem myśli, że jutro będzie dobry dzień?!? Skąd ty się wziąłeś człowieku ?!? To ja młoda, zdrowa codziennie zamartwiam się wszystkim, stresuję każdą materią na tym świecie, a Ty biedo chodząca mówisz mi spokojnie z uśmiechem wynurzającym się spod długich wąsów, że codziennie wierzysz, że jutro wszystko będzie dobrze?!?
Poczułam wstyd, że tak nie można, nie mogę marnować życia, zwyczajnie nie mam do tego prawa.
I tak jak nagle zaczęliśmy rozmawiać, tak nagle przestaliśmy. Po prostu musiałam po badaniu wracać do siebie, ale coś we mnie już pękło. Po prostu już nie mogłam się na niczym skupić, odnalazłam tego pana na oddziale w sali numer pięć. Siedział skulony przy szpitalnej szafeczce i jadł ten okropny ryż z jabłkami, który dali nam na obiad. Jadł i jakby się modlił, nie prosząc o nic. Po prostu tam był. Weszłam do sali i zapytałam o imię, na imię ma Tadeusz. Gdy mnie zobaczył, był tak zaskoczony, że aż zaniemówił. Powiedziałam mu, że piszę dzienniki i opisuję zdarzenia, historie, a także piszę o wyjątkowych ludziach, których jest mi dane spotkać na swojej drodze. A przecież on mi powiedział wiersz w poczekalni Tuwima o spóźnionym słowiku.
Nie wiem ile Pan Tadeusz ma lat, pewnie ze dwa razy więcej ode mnie, ale dzięki niemu zrozumiałam, że czas wziąć się za siebie i szanować to co mam. Cieszyć się każdym dniem. Nie jestem w stanie opisać, a nawet nazwać tego w myślach jak bardzo się ucieszył, gdy zapytałam czy mogę czasem wysłać do niego list z Afryki lub innego miejsca na ziemi, ta jego radość pomieszana z niedowierzaniem, że ktoś się przy nim zatrzymał i zauważył. Zapytał cicho, aż poprosiłam o powtórzenie, czy mogłabym czasem na trzy minuty zadzwonić i powiedzieć jak było w podróży.
A ja skarżę się na samotność?
Łóżko pościelone idealnie, na kocu równo ułożony stary, wysłużony modlitewnik, szampon, stara książka, chyba kryminał, długopis i on skromnie pochylony nad talerzem ciepłego ryżu.
Poczułam wstyd. Wstydziłam się samej siebie. Jak mogę się skarżyć na samotność, jak mogę myśleć, że jest źle. Owszem jest trudno, ale czy aż tak? Czy bardziej niż Panu Tadeuszowi?
Czy ze mną jest coś nie tak, że nie potrafię przejść obojętnie? Czy potrafimy dostrzegać ludzi ciekawych, ale tak bardzo skromnych. Czy ten świat pochłonął już delikatność i wrażliwość a pozostawił gonitwę za dobrobytem i prześciganie czasu jakby doba musiała być dłuższa?
Czy jestem odmieńcem, dziwadłem, że porusza mnie człowiek, który cieszy się ze zwykłej rozmowy z drugą osobą? Nie wiem, ale dobrze mi z tym. Taka jestem, pokrzywiona, dziwna, inna.
I napiszę list do Pana Tadeusza, żeby mógł poczuć, że nie jest całkiem sam na tym świecie.

życie z bólem

Żyć z bólem. Jak to jest? Nie miło.

Żyję z bólem głowy już od kilku lat, może ośmiu. Już nie liczę.

Nikt nie może tego zdiagnozować.

Zaczęło się gdy pracowałam na etacie. Permanentny stres, szczucie, plotki, praca nawet w wolne dni i święta. Organizm powiedział STOP. Lekarz z resztą też. Usłyszałam wiele diagnoz łącznie z guzem mózgu (bez badań), padaczką i.in.  Po kolejnej utracie przytomności i pobycie u lekarza usłyszałam „albo praca i stres albo życie” Wybrałam życie!

Miałam ogromną wiarę, że po odejściu z toksycznego środowiska poczuję się lepiej. Nie sądziłam, że ten stres już spowodował takie spustoszenie w organizmie. Usłyszałam kolejną diagnozę, depresja. To był trudny czas przeplatany nadzieją i spokojem. Miałam Anioła Stróża.

Terapia, rozmowy, zaglądanie wgłąb siebie pomogły mi stanąć na nogi. Już się nie boję. Nie mam lęków gdy słyszę dzwoniący telefon, nie boję się popełniać błędów i wierzę w siebie. Ataki paniki zdarzają się coraz rzadziej i lubię siebie. Nie gonię ślepo za akceptacją i nie potrzebuję ciągłej obecności ludzi.

Dzięki terapii odbudowuję relacje z najbliższą rodziną, ponieważ po śmierci Mamy nie zdaliśmy egzaminu i nie poradziliśmy sobie wspólnie. Każdy poszedł w swoją stronę. Teraz już jest nareszcie dobrze. Jestem szczęśliwa. Tylko ten ból… ten ciągły ból głowy. Byłam w wielu szpitalach, byłam na wiele sposobów badana i nie wiadomo skąd on się bierze. Nasila się, gdy zaczynam się stresować lub czymś po prostu martwić. Jest to taki mój ciężar, który noszę od kilku lat.

Teraz doceniam chwilę gdy nie boli. Łapię te momenty i nie puszczam. Co wtedy robię? Uśmiecham się i robię rzeczy, których inni, zdrowi nie zauważają lub nie lubią. Prasuję, sprzątam, gotuję i ćwiczę. Gdy boli głowa, każda czynność to męka, jest wtedy w mojej głowie ciemno i za głośno. Dlatego łapię chwilę i widzę detale. Moją małą lawendę, która budzi się wiosną do życia. Moje psy pełne ogromnej miłości, kocham Afrykę i przeglądam zdjęcia, bo prowadzę dwa a nawet trzy profile w mediach społecznościowych. Po prostu ciesze się życiem. Mam Anioła Stróża.

W tej chwili czekam na kolejną wizytę u neurologa.

 

 

co dalej?

Jestem pewna, że zabraknie nam życia, aby dowiedzieć się czym naprawdę jest coronavirus. Nie wiem czy w ogóle ktoś kiedyś pozna prawdę. Jedyne czego jestem pewna, to to, że zmienił nasze życie na zawsze.

Nie potrafię ogarnąć wielkości zniszczeń jakie spowodował. Można dyskutować na temat procentu umieralności w stosunku do ilości ludzi na świecie, ale nie można zaprzeczyć jak dużo nieszczęścia na nas sprowadził.

W każdej dziedzinie są dramaty. Ludzie umierają z wielu powodów np. z głodu, z powodu nowotworów, w wypadkach komunikacyjnych czy na koronawirusa, grypę, zawały serca.

Ja widzę też nieszczęścia ludzi, którzy przez kwarantannę musieli zamknąć swoje dobrze prosperujące przedsiębiorstwa. Z godziny na godzinę, zgaszono światło i czekamy. Ale na co? Wirus sam z siebie nie zniknie, a za coś trzeba żyć. Wielkie lotniska, firmy produkcyjne, restauracje i małe sklepiki. Wszystko zamknięte na klucz.

Co dalej?

Nie wiem. Gdy zamknę oczy robi się cicho. Mam wrażenie, że ludzie zatopieni są we własnych myślach, przestraszeni co dalej.

Nawet mój czteroletni bratanek w pewnym momencie powiedział do mamy „szkoda, że koronawirus zabrał nam spokój”. Tymi słowami można określić panującą obecną atmosferę.

Gospodarka powoli otwiera oczy. Poszczególne państwa znoszą zakazy, a ludzie wyraźnie są zmęczeni restrykcjami. Coraz więcej osób jest na ulicach. Ale, w centrach handlowych jest ponura cisza. Na lotniskach nie widać rozwijającej się turystyki. Boimy się? Chyba jednak tak.

Najgorsza chyba jest ta niewiedza, dezorientacja. Z tym sobie najmniej radzę.

Człowiek nie docenia wolności dopóki jej nie straci.

czas w domu

Nie jesteśmy przystosowani do siedzenia w domu. Jesteśmy stworzeni do działania. Wiek produktywny nie mylić z reproduktywnym został znacznie przesunięty. Tak jak jeszcze 30 lat temu osoba w wieku 60 lat to był znacząco starszy człowiek, tak teraz wiek 70-73 to całkiem normalny wiek, w którym człowiek dziala, często odkrywa pasje i spełnia marzenia. Mój Tata ma 73 lata i nadal prowadzi aktywny tryb życia. Zimą jeździ na nartach, latem pokonuje duże odległości rowerem.

Czasy pandemii zatrzymały nas w domu. Na początku (pomijając stres) cieszyliśmy się domem, rodziną. Przyszła wiosna, pojawiło się w przyrodzie nowe życie. Było nienajgorzej. Natomiast już jest mi źle. Dom już nie kojarzy się z odpoczynkiem i wytchnieniem. Już chyba w każdym kącie miałam miejsce do pracy. Wszędzie siedziałam z laptopem pracując. Złamałam chyba wszystkie zasady, wskazówki psychologów. Mianowicie, aby wyznaczyć sobie godziny pracy, hmm, pracuje non stop; wyznaczyć miejsce do pracy i tylko tam pracować, ja jeszcze chyba tylko w kotłowni nie pracowałam. Już chyba wszyscy tęsknimy za dawnym rytmem.

Ale czy jesteśmy o coś mądrzejsi? Ja na pewno tak. Doceniam wszystko co mam. Dostrzegłam detale dnia codziennego i wiem za czym chcę tęsknić. Za polegiwaniem na tarasie, za skradzionymi chwilami na trawie w ogrodzie i czytaniem książki w łóżku. Chcę za tym tęsknić pracując i dając światu jak najwięcej siebie. Bo jestem w takim wieku, że na polegiwanie przyjdzie jeszcze czas.

 

Jedna jaskółka czyni wiosnę

Szukam świata,

w którym jedna jaskółka 

czyni wiosnę

Gdzie szewc chodzi w butach

Gdzie jak Cię widza 

to Dzień Dobry

Szukam świata

w którym

Człowiek człowiekowi 

człowiekiem. 

Dlatego opowiem Wam o Panu Tadeuszu.

Nie wiem ile ma lat, nie znam jego historii, ale on zostanie w moim sercu na zawsze. Człowiek znikąd, niewyróżniający wśród ludzi. Cichy, skromny człowiek aż do bólu, w poczekalni starego szpitala czeka z nami na spóźnionego lekarza. Wszyscy jesteśmy sobie równi, niezależnie od wieku, płci, pochodzenia i statusu, jesteśmy pacjentami tego samego szpitala, oddziału, jesteśmy równi. Rozmawiamy głośno, ponieważ niektórzy nie słyszą dobrze, ale i humory dopisują więc opowiadamy sobie różne historie i żarty. A pan znikąd siedzi obok i gdybym go nie zaczepiła to pewnie nie odezwałby się ani słowem. Ja jestem gaduła, od niedawna odkopuję dawną Amelię, więc coraz częściej wszędzie mnie pełno. Nawet nie pamiętam o czym zagadałam do Pana obok, chyba coś o tym czy też ma zakroplone oczy. Nigdy, przenigdy nie sądziłabym, że od tych paru słów zmieni się moje myślenie, jakby mnie ktoś obudził z twardego snu. Zaczęliśmy rozmawiać, ja gaduła, on potwornie skrępowany. Inni oczywiście nie zwrócili uwagi na mojego rozmówcę. A my po prostu rozmawialiśmy. Na początku o okulistach, o cukrzycy i jej objawach i nagle On mówi mi, że od lat codziennie przed snem myśli, że jutro będzie dobry dzień, że wszystko będzie dobrze. Aż mnie zatkało, przecież widać na kilometr, że to chodząca samotność i skromność, a on mi mówi, że od lat przed snem myśli, że jutro będzie dobry dzień?!? Skąd ty się wziąłeś człowieku ?!? To ja młoda, zdrowa codziennie zamartwiam się wszystkim, stresuję każdą materią na tym świecie, a Ty biedo chodząca mówisz mi spokojnie z uśmiechem wynurzającym się spod długich wąsów, że codziennie wierzysz, że jutro wszystko będzie dobrze?!?
Poczułam wstyd, że tak nie można, nie mogę marnować życia, zwyczajnie nie mam do tego prawa.
I tak jak nagle zaczęliśmy rozmawiać, tak nagle przestaliśmy. Po prostu musiałam po badaniu wracać do siebie, ale coś we mnie już pękło. Po prostu już nie mogłam się na niczym skupić, odnalazłam tego pana na oddziale w sali numer pięć. Siedział skulony przy szpitalnej szafeczce i jadł ten okropny ryż z jabłkami, który dali nam na obiad. Jadł i jakby się modlił, nie prosząc o nic. Po prostu tam był. Weszłam do sali i zapytałam o imię, na imię ma Tadeusz. Gdy mnie zobaczył, był tak zaskoczony, że aż zaniemówił. Powiedziałam mu, że piszę dzienniki i opisuję zdarzenia, historie, a także piszę o wyjątkowych ludziach, których jest mi dane spotkać na swojej drodze. A przecież on mi powiedział wiersz w poczekalni Tuwima o spóźnionym słowiku.
Nie wiem ile Pan Tadeusz ma lat, pewnie ze dwa razy więcej ode mnie, ale dzięki niemu zrozumiałam, że czas wziąć się za siebie i szanować to co mam. Cieszyć się każdym dniem. Nie jestem w stanie opisać, a nawet nazwać tego w myślach jak bardzo się ucieszył, gdy zapytałam czy mogę czasem wysłać do niego list z Afryki lub innego miejsca na ziemi, ta jego radość pomieszana z niedowierzaniem, że ktoś się przy nim zatrzymał i zauważył. Zapytał cicho, aż poprosiłam o powtórzenie, czy mogłabym czasem na trzy minuty zadzwonić i powiedzieć jak było w podróży.
A ja skarżę się na samotność?
Łóżko pościelone idealnie, na kocu równo ułożony stary, wysłużony modlitewnik, szampon, stara książka, chyba kryminał, długopis i on skromnie pochylony nad talerzem ciepłego ryżu.
Poczułam wstyd. Wstydziłam się samej siebie. Jak mogę się skarżyć na samotność, jak mogę myśleć, że jest źle. Owszem jest trudno, ale czy aż tak? Czy bardziej niż Panu Tadeuszowi?
Czy ze mną jest coś nie tak, że nie potrafię przejść obojętnie? Czy potrafimy dostrzegać ludzi ciekawych, ale tak bardzo skromnych. Czy ten świat pochłonął już delikatność i wrażliwość a pozostawił gonitwę za dobrobytem i prześciganie czasu jakby doba musiała być dłuższa?
Czy jestem odmieńcem, dziwadłem, że porusza mnie człowiek, który cieszy się ze zwykłej rozmowy z drugą osobą? Nie wiem, ale dobrze mi z tym. Taka jestem, pokrzywiona, dziwna, inna.
I napiszę list do Pana Tadeusza, żeby mógł poczuć, że nie jest całkiem sam na tym świecie.
Taka jestem. Amelia

nie tylko o podróżach…

Czy wiecie co znaczy Kenako ?

Wyjaśniam to na nowym blogu, który zaczęłam pisać już na oficjalnej stronie http://www.kenako-africa.com, ale tu też wyjaśnię, bo to szczególnie ważne w kontekście mojej decyzji o zmianie sposobu pisania.

Hasło „kenako” kryje w sobie „to najważniejszy czas na…”; „teraz jest Twój czas…”;

Zaczęłam pisać tego bloga moje-kenako, z myślą, ze to właśnie mój czas. Jednak miłość do Afryki przerodziła moje pisanie w przewodnik po RPA i nie ma nic w tym złego 🙂 Tylko, że dojrzałam już do pisania więcej o życiu, które mnie otacza. Życiu ciekawym, pięknym, wkurzającym, przerażającym i zbyt szybko przemijającym.

Od lat obserwuję życie, ludzi i bezustannie sprawdzam czy rzeczywiście każdy jest kowalem własnego losu…

Nie zawsze będzie wesoło i lekko, będzie jak w życiu…

Dlatego wszystkich, którzy są zainteresowani wspólną podróżą po życiu Amelii zapraszam na mojekenako, jeśli jednak wolicie podróże po Afryce zapraszam serdecznie na blog na stronie http://www.kenako-africa.com.

Wszędzie jesteście miło widziani 🙂

 

Mgła na pustyni

W Połuniowej Afryce nie zawsze budzi nas piękne słońce, czasem wita nas tajemnicza, nieco mroczna mgła. Czasami Afryka chowa się w mgle odsłaniając swoje piękne oblicze powoli, dozując nam przyjemność i pobudzając ciekawość. 

Szczerze mówiąc pierwszy raz w życiu miałam okazję zobaczyć tak gęstą, ale jakże piękną mgłę w Parku Kgalagadi. 

Wyobrażacie sobie jak czuły się zwierzęta w taką pogodę, gdy widoczność jest na kilkanaście metrów. Szczególnie Sprongboki czy Oryxy. To musiał być dla nich bardzo stresujący poranek. Dla nas jednak to była magia, doświadczać zupełnie innej przyrody. Tak, Afryka swoją roślinność zmienia gdy jest sucho, wilgotno, zimno, upalnie. To zupełnie inna przyroda. 

Podziwiałam, tak bardzo podziwiałam i chłonęłam chwilę, ze na moment zapomniałam fotografować krajobraz. 

Wiecie co, czasem musze popatrzeć. Chciałabym Wam pokazywać Afrykę zarażać miłością do niej, ale czasem po prostu musze popatrzeć. 

Piękne chwile, warto było wstać przed wschodem słońca 🙂 

To tajemnicze oblicze pustyni zarówno mnie zachwycało jak i lekko przerażało. Na pewno hipnotyzowało.

Aż trudno uwierzyć, że jeszcze wczoraj w tym miejscu fotografowałam ogromne przestrzenie.

Teraz jest tak, jakby Afryka zamknęła się w tych paru metrach widoczności.

Mgła na pustyni Kalahari

Przepiękne słońce

Jakby smutno, ale pięknie.

Chciałbyś nurkować z rekinami ?

Ten wpis jak wszystkie inne nie jest obiektywny.

Zanim przeczytasz przygotuj sobie szklankę wody i usiądź wygodnie, bo doznania będą mocne.

Nie ma w tym wpisie zdjęć. Po przeczytaniu sam zrozumiesz dlaczego.

Jeśli kiedyś zazdrościłeś komuś, że ktoś inny miał okazję nurkowania z rekinami w oceanie przeczytaj ten wpis.

Lubię ekstremalne doznania i chętnie próbuję wszystkiego co mnie spotka  w Afryce nie tylko. Nawet zjadłam smażoną larwę Mopani. Do głaskania zwierząt jestem pierwsza, skakałam przerażona Flight Fox nad Wodospadami Wiktorii no i marzyłam, żeby zanurkować z rekinami.

To był wrzesień, zima. Umówiony rejs wgłąb oceanu, niestety codziennie przekładany ze względu na złe warunki pogodowe, ale ja twardo czekam. Nawet nie wiesz jaka byłam podekscytowana, lada dzień spełni się moje wielkie marzenie. Co tam zima, co tam deszcz, ja chcę zanurkować z rekinami.

No i stało się, zadzwonili, że jutro około 5-6 rano wypływamy.

Wspomnę tylko, że Andrzej nic nie mówił, coś tam mówił o mdłościach, ale kto by tam się tym przejmował.

Zjawiliśmy się punktualnie, zimno jak diabli, 11 stopni, chmury, a elegancka drobna mżawka nie pozwalała słońcu na ogrzanie Afryki, widoczność wody pół metra. Przestraszyłam się ? Nieeee… ja płynę nurkować. Andrzej nic nie mówi… czasem coś tam bąknie pod nosem niecenzuralnego, ale nie zniechęca, przecież to marzenie do spełnienia. Cały czas zastanawiałam się, o co chodzi z tym obfitym śniadaniem, którym nas raczyli. Jajecznica, boczek, fasola, fura pieczywa, kawka, herbatka, nic tylko jeść i biesiadować.
Po śniadaniu zebrali wszystkich, bo było nas około 40 śmiałków i rozdali pianki. Hmmm nie wstrzelili się z moim rozmiarem, co było mi nawet miło, że jest za duża. Mżawka postanowiła zmienić się w kapuśniaczek.
Aaaa dostaliśmy worki chroniące nasze ubrania przed ewentualnym pochlapaniem. Wsiadamy na łódź. Załoga hmm zachowywała się dość swobodnie, a  ja ledwo wytrzymałam przed rozpłakaniem się ze szczęścia. Poleciałam jak wzorowa uczennica na początek wycieczki, bo ja chcę, ja już się nie doczekam. Andrzej tylko zdążył powiedzieć wsiadaj do kabiny, ale ja nie chcę. Ja chcę na ten balkon na górę. Czułam jednak, że tym razem nie ma z nim dyskusji, więc nieszczęśliwa usiadłam w budzie.

Słuchaj, powiem jak było.

Gdy łódź wypłynęła pod fale wgłąb oceanu, to woda zaczęła tak napierd…. po ludziach, że chyba nawet gacie mieli mokre. Przepraszam, że brzydko mówię, ale jak znasz jakiś ładny odpowiednik obrazujący jak te fale w nich waliły to proszę napisz w komentarzu. Załoga oczywiście miała niezłą bekę z turystów, delikatnie przypominam, że było 11 stopni i kapuśniaczek już nie stanowił problemu.
Dopłynęliśmy na miejsce, kazali przebrać się w pianki i ubrania schować do worów, żeby nie uległy zamoczeniu :)) Wytłumaczyli dokładnie gdzie są kanapki i lizaki. Lizaki? Po co dorosłym lizaki. Wystarczyło mi 30 sekund, żeby zrozumieć, że dziś zeżrę tonę lizaków (odwracając uwagę, oszukują umysł i zapobiegają wymiotom). Nadal 11 stopni i kapuśniaczek. Aha, woda 8 stopni.
Przebrałam się w piankę i lekko spanikowałam, gdy zobaczyłam klatkę, do której musimy wejść. Nie chodziło o rekiny, bo ich się nie bałam, bałam się klatki, ponieważ mam klaustrofobię, a klatka nie pozwalała na swobodne opuszczenie jej. Postanowiłam zanurkować na końcu.
Decyzję taką podjęłam jedząc lizaka, trzymając się słupka i modląc się, żeby nie wymiotować. Aha, od razu gdy kapitan powiedział, o lizakach, poprosił żeby żygać za burtę po prawej stronie, bo po lewej jest klatka z nurkami, z czego prawie wszyscy natychmiast zaczęli korzystać. Chyba wszyscy walili za burtę i niestety pod wiatr. A ja stoję i obserwuję tych w klatce i wypatruję rekinów conajmniej takich jak w „Szczękach”. To czym nęcili rekiny co chwilę obijało się o klatkę, a była to chyba kiedyś głowa wielkiej ryby, ale tylko się domyślam, bo to coś chyba już od dawna służy jako przynęta.
Medytuję. Spaceruję w myślach po twardym suchym piachu w Kapsztadzie, słońce ogrzewa mi plecy i wcale nie czuję zimna, jest gorące afrykańskie powietrze.
Podpłynął rekin, widziałam go. Podpłynął na dwie sekundy i go nie ma. Ci z klatki nic nie widzieli. Zmiana tury, ci wychodzą tamci wchodzą. Podpłynął rekin, ja stojąc na łodzi widziałam go, ci w klatce nic. Ja tylko wywalam patyczki i żrę kolejne lizaki wyobrażając sobie suchy piach pod stopami. Znowu podpłynął rekin, całkiem duży, otarł się o klatkę. Ja go widziałam ci z klatki nie. Chłopak z drugiej tury, który wyszedł z wody nie kontaktuje, jest sinozielony i gdzieś w krainie, do której tylko on ma dostęp. Dziewczyna obok z pierwszej tury tak się trzęsie z zimna, że nie może utrzymać lizaka, o trafieniu nim do buzi nawet nie myśli.
To była szybka decyzja. Przebieram się w ciuchy i nie nurkuję, głupia nie jestem tym bardziej, że i tak więcej widzę niż oni a w ciuchach przynajmniej będzie mi ciepło. A przekonałam się na sto procent, gdy zobaczyłam, że ci w klatce mają wodę na wysokości twarzy i wymiotują jeden obok drugiego, bo nimi też huśta, my na łodzi chociaż mamy lizaki. Jednak gdy zobaczyłam jak obok nich przepływa klusek, to nawet nie pamiętam w jakim tempie się przebrałam. Fuuu.
Przebrałam się i zajęłam miejsce przy moim słupku, nie wiem czy gorzej mi od lizaków czy tych potwornych fal. Wszyscy rzygają, nie ma mocnego.
Nagle podpływa ogromny rekin, olbrzymi i atakuje klatkę, aż zahuśtało nią. Ja go widziałam ci w klatce nie.
Byłam chyba jedyna, która nie chorowała. Ludzie byli biedni i już wiem po co śniadanie. To była dla tych osób droga przez piekło. Oni czasem nawet nie kontaktowali przez zimno i chorobę morską. Wszystko na raz.
Widziałam rekiny bez nurkowania, nie chorowałam i nie byłam śmiertelnie zmarznięta. To nic, że na spodniach miałam śniadanie wszystkich, bo przecież prawa burta była pod wiatr. Przygoda była świetna, ale ja już więcej nie muszę nurkować z rekinami. Tobie jak najbardziej polecam, bo trzeba to przeżyć, ale w lecie i po dobrym żarciu.