Archiwa kategorii: Co mnie wkurza i na co się nie zgadzam

Bądź lepszą wersją siebie

Niedobrze mi się robi jak to słyszę lub czytam. Mmmm ochotę krzyczeć z całych sił, że właśnie teraz jestem najlepszą wersją ciebie. Bo co to niby znaczy?

Pokonaj lęk, dasz radę. A ja w środku krzyczę, „Ale po co?” To co est dla ciebie łatwe, dla mnie jest ponad moje siły.

Lubię czytać książki i artykuły o dbaniu o zdrowie. Lubię rozwój osobisty. Ale te teksty o lepszej wersji siebie mnie szczerze denerwują.

A lęk? Każdy ma jakieś fobie. Ja mam kilka, jedna z nich to płazy. O mateczko, gdy zobaczę coś takiego to jestem nie tą samą Amelią. To jak ja reaguję jednych przeraża, innych wprawia w prawdziwe osłupienie, a jeszcze inni pokładają się ze śmiechu. Ok, mnie też to czasem śmieszy, ale jest silniejsze ode mnie. Np. gekon w namiocie w Afryce. Dookoła lwy, a ja drę się jakby conajmniej odgryzał mi nogę, gekon, nie lew. Ale był wielki, serio prawie jak krokodyl. Andrzej powie, ze miał może 6 cm, ale ja wiem co widziałam 😀

Nad klaustrofobią pracuję. Przed wejściem do windy oddycham, tłumaczę sobie, że to tylko na chwilę. Skupiam się nad oddechem i czymś innym niż zamknięcie w ciasnym pomieszczeniu. Nadal wolę jechać w górę niż w dół, ale pracuję nad tym. Przede wszystkim dlatego, że brak strachu przed takimi sytuacjami ułatwia mi życie.

Strach przed odrzuceniem już pokonałam. Trochę dzięki terapii, ale w ogromnym stopniu dzięki pracy nad sobą i po prostu pokochałam siebie. Też było mi to potrzebne do łatwiejszego życia.

Ale wystąpienia na forum, czy nawet w internecie w social media opowiadanie o sobie, masażach czy nie wiem co jeszcze to dla mnie za dużo. Nagram filmik 3 minutowy, a potem przez tydzień jestem chora. Opowiem coś chwilę na dziesięcioosobowym spotkaniu o Afryce (temat, który kocham) i jestem chora przez dwa tygodnie. Nie potrafię, no nie potrafię występować. Jest to dla mnie tak ogromny stres, że aż mnie przytyka jak o tym tylko pomyślę.

Dla niektórych moje strachy wydają się błache.

Ale ja przyjaciółce pomogę i wyrzucę tego przerażającego dla niej pająka. Nie zmuszę nikogo do stania nad przepaścią gdy ma lęk wysokości i nie będę namawiać na coś co jest dla niego ponad jego możliwości.

Dlatego też nie będę zmuszała się do rzeczy, które nie są dla mnie zdrowe.

Nie będę lepszą wersją siebie, bo jestem najlepsza jaka mogę być. Tak jak głośno mówi Martyna Wojciechowska „I AM ENOUGH”.

To okropne jak bardzo w dorosłym człowieku zakorzenione są schematy z dzieciństwa. Z domu, szkoły, podwórka. Ale niestety tak jest. I też to akceptuję. Układam tak życie, aby nie być za bardzo z nimi w konflikcie.

Nie będę lepszą wersją siebie , tylko będę pielęgnowała i tuliła mojego zdrowego dorosłego, który już nic nie musi. Jedyne co już teraz muszę to być zdrowa, spokojna i szczęśliwa. Może to zaleta mojego wieku, że już nie musze walczyć.

mądre słowa, mądre rady

Możesz przeczytać wszystkie książki tego świata radzące Ci jak żyć. Możesz wysłuchać wszystkich mędrców, którzy doradzą co masz zrobić i co myśleć. Ale jak sam/a nie posprzątasz cobie w głowie to nikt tego nie zrobi za Ciebie. Nie ma na to mądrego. A może to ja jestem zbyt oporna na wszystkie nauki tego świata?

Kiedy już czuję wiatr w skrzydłach, kiedy myślę, że już zawojuję świat zdarza się mała, maleńka rzecz, nic nie znacząca, a jednak. Wytrąca mnie totalnie z równowagi, wyrzuca na pobocze i nie pozwala wrócić na swój tor.

I wtedy leżę i z całych sił przypominam sobie wszystkie rady pani psycholog, wszystkie cytaty mądrych książek i … nic. Dalej leżę.

Obolała, poturbowana leżę i daję sobie czas. Potrzebuję. Najbardziej potrzebuję wiedzieć, że ktoś jest, że chroni. I nie musi być fizycznie obok, wystarczy sama świadomość obecności.

Ostatnio zastanawiałam się z przyjaciółką (mam nadzieję, że mogę ją tak nazywać) czy nasza pomoc innym osobom i tak dużej ilości naszej pomocy innym to jest rzeczywista chęć pomocy samej w sobie czy tylko karmienie naszego ego, że jesteśmy takie szlachetne. PO dyskusji, rozmowie i burzy mózgu doszłyśmy do wniosku, że nie, to nie jest nic związanego z ego, to po prostu wiara, że dzięki temu świat może być lepszy. Wiara i nadzieja, że ktoś może być szczęśliwy. Nie oczekujemy podziekowań, a już na pewno nie oczekujemy rewanżu. Po prostu pomagamy.

Tylko co w sytuacji gdy nam jest tak bardzo źle i same nie potrafimy wrócić z pobocza?

Wrócę, wiem to, bo mam cel w życiu, bo mam tę swoją siłę.

Tylko teraz jeszcze chwile poleżę…

Wystarczy powiedzieć „Nie dziękuję”

Dwa proste, piękne, ale okazuje się, że cholernie trudne do wypowiedzenia słowa „Nie dziękuję”. 

Pracuję w handlu. Sprzedaję produkty, które sprowadzam z Południowej Afryki. Daję z siebie wszystko, a nierzadko jeszcze więcej. Każdy, kto choć raz w życiu próbował coś sprzedać wie, jakie to jest trudne. Prowadzę własną firmę. I dlatego jest to jeszcze trudniejsze, ponieważ jak nie sprzedam to nie zarobię, jak nie zarobię, nie zapłacę faktur i ZUSu. Nie opłacę ZUSu to nie będę miała opieki zdrowotnej, bo emerytury i tak nie będzie. Podobno.

Codziennie wyszukuję i wybieram butiki i sklepy internetowe, do których mogę wysłać ofertę. Chore przepisy nie pozwalają na wysłanie od razu oferty tylko trzeba grzecznie zapytać czy można to zrobić. No i wybieram codziennie butiki i sklepy. Przedstawiam się grzecznie, ale bardzo rzeczowo kim jestem i pytam czy mogę wysłać ofertę współpracy. 

Nie liczę na to, że wszyscy podskoczą z radości, że właśnie na mnie czekali. Jestem realistką i wiem, że jak na 100 zapytań odpowie 5-10 to będzie super. Ale czy tak trudno odpisać NIE DZIęKUJĘ. Ja wiem, że wszyscy są zapracowani. Każdy chce jakoś ten kryzys przetrwać, każdy chce zarabiać. Ale kurde. Napisanie „nie dziękuję” nie zajmuje wiele czasu. Przecież tam po drugiej stronie siedzi człowiek. Osoba, która też pracuje i ma nadzieję zarobić na życie. Nie, nie wysyłają. Nie wiem, nie rozumiem.

To tak jak obserwuję ludzi na ulicy. Ktoś rozdaje ulotki. Chce zarobić. Wiadomo, że raczej grosze, ale zarabia. Nie kradnie. I idzie inna osoba i omija tego z ulotkami jakby ten conajmniej śmierdział. A wystarczy powiedzieć, nie dziękuję. Są nachalni? Wciskają na siłę? Rozliczani są z ilości rozdanych ulotek. Muszą rozdać ich jak najwięcej. Często są zmarznięci, wkurzeni, zniechęceni. Wystarczy „Nie dziękuję”.

Ja nie wiem co z nami. Nie rozumiem. Bądźmy dla siebie mili. Zawsze. To nic nie kosztuje, a drugiej osobie możemy zrobić dobry dzień. 

Przecież gdy dostanę odpowiedź na moje pytanie „Nie dziękuję” nie będę już liczyła, że uda mi się nawiązać współpracę. Skreślę z listy tą firmę i pójdę dalej. 

Po prostu bądźmy dla siebie mili. 

Jeżykowa historia

Czy opłaca się w tych czasach ratować małego jeżyka?

Moja odpowiedź brzmi tak.

Benzyna kosztuje 8,26 zł za litr mój samochód pali jak durny.

Ale pojechałam 130 km w obie strony uratować małe jeżykowe dziecię. Bo taka już jestem, bo za wszelką cenę chcę wierzyć w lepszy świat. Że warto pomagać nawet jeśli szanse na powodzenie są naprawdę małe. Tak jak z tym wyziębionym, małym, ślepym jeszcze jeżem.

Przeżył. Ma adopcyjną mamę i ośmioro rodzeństwa. A ja czuję ulgę, że choć jedna misja skończyła się powodzeniem.

Tak dużo wokół jest stresu i smutku. Wszystko jest jakieś takie trudne. Dlatego uratowanie jeża dało mi siłę. Na nowo.

Ale też skłoniło do myślenia. Skoro jadę 67 km w jedną stronę, w nocy, aby uratować maleńkiego jeża, dlaczego na kolację jem inne zwierzę? No bo tak, kto dał mi prawo decydowania, które ratować, a które jeść?

Dlatego zdecydowanie przechodzę na wegetarianizm. Nie będę jadła zwierząt. Kocham je wszystkie.

Fajnie jest uratować jeża 🙂

Gdy życie znów pokazuje środkowy palec

My ludzie tak bardzo lubimy oceniać innych. Hejt jest wszędzie nie tylko w internecie. Nienawiść, zawiść i wiele innych „iść. Niestety tak mało jest zrozumienia i miłości, a to też przecież jest „ść”. MIŁOŚĆ.

Poznałam dziś kobietę. Mniej więcej w moim wieku. Prawdziwa historia kobiety, której totalnie posypało się życie? Nie ma domu, pracy, przyjaciół. Dorośli synowie mają swoje życia, a jej duma nie pozwala ich prosić o pomoc. 

Szuka pracy jakiejkolwiek, aby tylko coś zarobić. Mnie poprosiła, żebym kupiła jej 5 litrów benzyny. Odda mi pieniądze. A i marchewkę i selera z Groszka, bo tam jest najtaniej. 

A jednak gdy przychodzi do mnie na spotkanie, bo mam jej dać pracę sprzątania i koszenia działki jest ubrana schludnie, czysto i ma zrobiony lekki makijaż. Jest pogodną, miłą osobą. Chociaż w oczach widać smutek, zagubienie i żal. 

Tak łatwo jest rzucić osąd, że nie zadbała o przyszłość, że nie ma domu i tuła się po ludziach. Że bardzo wcześnie rodziła dzieci, że nie ma zapewnionej własnej przyszłości.A ona po prostu przez cztery lata żyła w związku i wierzyła, że tym razem to już na całe życie. Jednak to życie znowu ją przetrąciło. Znowu pokazało środkowy palec. 

Słuchałam jej historii i myślałam, że jest bardzo silna. 

Oczywiście jej życie jest zbyt dla mnie obce.

Ale nie mnie ją oceniać. Nie mamy do tego prawa. Czy rzeczywiście my jesteśmy zupełnie bez skazy? Czy nasze życie jest tak idealne wolne od popełniania błędów? Nie. Więc dlaczego porywamy się na wystawianie ocen innym? 

Gdyby nie było na świecie pogardy, zawiści i innych „ści” świat byłby lepszy. 

Bo jeżeli młodej kobiecie sypie się życie jak domek z kart i bez naszych ocen i pogardy jest jej bardzo ciężko. Więc zajmijmy się sobą. 

Jeśli możesz pomóż, jeśli nie, nie przeszkadzaj. 

„Gospodyni” nr 5 1989.01.29 i niepłodność małżeńska

Raz w roku, a może częściej, bywa, że i rzadziej nachodzi mam taki dzień, kiedy zanurzam się w moich starych zbiorach i przeglądam. Przeglądam nie zważając na upływ czasu, braku jedzenia, kawy i kąpieli. Po prostu zanurzam się w historię moją i moich bliskich. 

Uwielbiam to. 

U mnie jest tak dużo archiwalnych dokumentów, świadectw, gazet, a nawet listów, że nigdy nie wiem na co dziś trafię. 

Zdarzało mi się totalnie przepaść w listach moich rodziców, z czasów gdy nie było mnie jeszcze na świecie. Czytałam listy mamy do taty gdy narodziłam się i mama była jeszcze ze mną w szpitalu.

Mam ogrom takich rzeczy. 

Opowiem o nich innym razem, ponieważ każda rzecz zasługuje na osobny post. 

Dziś natknęłam się na gazetę „Gospodyni” nr 5 z 1989.01.29.

Przeczytałam w niej fascynujący artykuł o niepłodności małżeńskiej w ówczesnych czasach. 

Zacytuję zajawkę artykułu. 

„Niepłodność w naszych czasach staje się problemem społecznych. Liczba zawiedzionych kobiet, które nie mogą w naturalny sposób stać się matkami, rośnie na całym świecie. W niektórych krajach liczba bezpłodnych kobiet wzrasta do tego stopnia, że nawet co czwarte małżeństwo jest tam bezdzietne. Statystyka informuje, że z tych powodów również co trzecie polskie małżeństwo nie może mieć dzieci. Wśród powodów bezpłodności, pomijając wady wrodzone, których nie można wyleczyć, do najczęściej wskazywanych przyczyn należą zjawiska charakterystyczne dla cywilizacji XX wieku. Uważa się, że na niemożność spłodzenia potomstwa wpływa zanieczyszczenie środowiska, lekomania, praca w niewłaściwych warunkach, intensywne sporty kobiece, zmniejszające aktywność gruczołów rozrodczych, rozluźnienie swobód seksualnych, co zwiększa infekcje dróg rodnych, a także zabiegi przerywania ciąży.”

Na szczęście w dalszej części artykułu autor podaje wyniki innych badań, a mianowicie dane procentowe niepłodności i zaznacza w nich, że powodem niepłodności małżeńskiej nie jest tylko niepłodność kobiet. Opisuje główne przyczyny i ewentualne leczenie niepłodności zarówno kobiet jak i mężczyzn. Niestety ze szczególnym naciskiem na kobiety. 

Nie wiem, może dlatego, że to gazeta „Gospodyni” więc jak mniemam kobiece pismo. Ale w zajawce wspomniane są kobiety, mężczyzn brak. 

A dlaczego o tym piszę? Bo czasem mam wrażenie, że mimo upływu lat niewiele się w tej kwestii zmieniło. 

Nadal to kobiecie jest częściej przypisany powód braku potomstwa. 

I nie chcę tu roztrząsać tematu kobiet, bo od razu zaczynam się gotować jak myślę o tym jak w XXI wieku my kobiety jesteśmy skazane na głupie decyzje mężczyzn. 

Mamy 2022 rok, a ustawy ingerujące w macice kobiet śmiało można wstawić jako artykuł w „Gospodyni” z 1989.01.29. Po prostu chciałam zostawić tu temat jak kiedyś postrzegano niepłodność i czyja to była „wina”. Jak było kiedyś a jak jest dziś. 

Chyba napiję się dziś dobrego afrykańskiego wina i poczytam „Gospodynię”. Może czegoś się nauczę, bo wiadomo, że gospodyni ze mnie żadna. 

Uwielbiam te moje zanurzenia w skarby jakie gromadziła moja babcia, mama i teraz ja gromadzę. Dziś natrafiłam na gazetę z 1989 roku, innym razem będzie to list, zdjęcie lub opowieść dziadka. 

Rodzaje dyskryminacji…

Usłyszałam wczoraj historię jednej z moich klientek. Wspaniała dziewczyna, serdeczna i zawsze uśmiechnięta, chociaż ja w jej oczach widzę smutek.

Po wielu latach pracy poprosiła szefową o podwyżkę, nie dostała jej z odrażającego powodu. Bo nie ma dzieci. Co to kurwa za powód? Podwyżki nie dostaje się za złą pracę, za lekceważenie pracy, przełożonych i współpracowników a najważniejsze klientów.

Ja wiem i jestem pewna, że jej prymitywna szefowa też wie, że największe marzenie naszej bohaterki to być Mamą. Ale nawet gdyby nie wiedziała to nie jest powód, żeby nie dać podwyżki.

Byłam w podobnej sytuacji. Byłam dyskryminowana. Byłam wykorzystywana, pracowałam po godzinach w dni robocze, w wolne dla mnie weekendy i święta. W dniu Wigilii musiałam wysyłać przelewy firmowe lub raporty o obrotach. Nie udzielano mi urlopu. Inne dziewczyny brały wolne dni w najróżniejszych terminach, bo przecież mają dzieci.

znam to uczucie

Tak często spotykamy się my „nie mamy” z różnego rodzaju dyskryminacją. Zdarzało się tracić przyjaźnie, dlatego, że przyjaciółka zapomniała o mnie gdy zaszła w ciążę. Najbardziej bolało, gdy dowiadywałam się o jej stanie ostatnia. Zawsze słyszałam to samo: „nie wiedziałam jak ci powiedzieć”, „nie chciałam ci robić przykrości”. Tak straciłam przyjaciółkę, która była dla mnie jak siostra. Podczas naszej wieloletniej przyjaźni zawsze żaliłam się jej jak mnie boli to, że dowiaduję się tego ostatnia. Godzinami płakałam u niej zajadając żal. Błagałam ją, że jak będzie w ciąży, żeby powiedziała mi od razu. Dowiedziałam się ostatnia. Bo zapomniała o obietnicy. To boli.

To, że popłaczę w domu to nie znaczy, że nie cieszę się z jej szczęścia. Popłaczę nie z zazdrości tylko z żalu, że moje szanse maleją.

Siedziałam kiedyś w poczekalni do ginekologa. Wizyty były opóźnione. Przede mną jeszcze dwie panie. Wchodzi kobieta i mówi, że ona musi wejść bez kolejki, ponieważ ma zagrożoną ciąże i potrzebuje pilnej wizyty. Ok, wpuściłyśmy ją. Kobieta kobietę zrozumie. Weszła kolejna pani zgodnie z kolejnością potem następna. Myślę teraz moja kolej. Nagle w drzwiach pojawia się nowa pacjentka i wchodzi bez kolejki, bo w ciąży. Ok, kobieta kobietę zrozumie. Czyli już 1,5 h opóźnienia. W poczekalni zostałam sama. Wchodzi do poczekalni kolejna pani i pyta czy ja jestem w ciąży, bo ona tak i z błogim uśmiechem głaszcze zaokrąglony brzuch. Ja z krzywą miną siląc się na uśmiech nie bardzo wiem co powiedzieć. Wychodzi z gabinetu asystentka lekarza i wywołuje przyszłą mamę. A ja siedzę. Pytasz dlaczego siedzę, nic nie powiem? Bo pomijając, że z asertywnością nie mam nic wspólnego to jeszcze czuję się pusta w środku. Nie kobietą, nie zasługuję na swoje miejsce, bo nie jestem w ciąży, bo jetem gorsza od tych zapłodnionych, nic nie warta. I czekam i słyszę z gabinetu śmiech i radość i bicie dziecięcego serca. A u mnie w brzuchu nic, echo. I gryzę pięść, żeby zagłuszyć własne wycie. Tak, u ginekologa też doświadczyłam dyskryminacji.

Kobieta kobietę zrozumie?

Nie zawsze.

Teraz, po latach gdy wiem, ze już za mną nadzieja jestem silna. Już nie proszę o to żeby nie być ostatnią. Nie czekam na zrozumienie. Ale ja też nie rozumiem. Jeżeli czuję się w tej sprawie dyskryminowana po prostu to mówię. Może czasem zbyt agresywnie, ale w tym przypadku mam to w dupie.

Poruszyła mnie historia mojej klientki, bo wiem, że nas jest więcej. Wiem, ze jesteśmy pomijane, lekceważone lub niewidoczne.

Jesteśmy kobietami wartościowymi, często z pasjami, marzeniami, planami na przyszłość. Często ze smutkiem w oku, którego nie chce otoczenie zrozumieć i uszanować. Jesteśmy wartościowymi babkami, które mają dużo do powiedzenia światu. Nie lekceważcie nas. Nie omijajcie, bo spotkacie się z tym, że my ominiemy was.

Moja bohaterka rzuciła pracę. Brawo.