Chodzę w czerni, ale nie w żałobie

Odkąd pamietam ubieram się cała na czarno. W ogóle w mojej szafie i głowie królują intensywne lub stonowane czerń, biel i szarość.

Owszem miałam taki epizod w życiu i zakładałam kolorowe ubrania. Było to kilka lat po Mamy śmierci, kiedy już poczułam, że nie muszę chodzić w żałobie. Jednak zawsze w takiej kolorowej stylizacji czułam się bardziej przebrana niż ubrana. 

Odkąd zaczęłam wychodzić z mroku i coraz bardziej rozumiem siebie wróciłam do mojego stylu. 

Kocham moją czerń. 

Kilka dni temu wybrałam się do świeżo otwartego centrum handlowego. Świeżo otwartego po lockdownie. 

Wybrałam się, żeby zobaczyć co nowego jest w księgarni i u jubilera, kupić sobie bieliznę. Popatrzeć na wystawy i ludzi. Ubrana byłam klasycznie, na czarno. Ładny czarny sweterek, garniturowe spodnie, czarne skarpetki i oczywiście moje niezniszczalne, ukochane Martensy. Maseczkę też miałam czarną i małą czarną torebkę listonoszkę. 

Tak czuję się dobrze. 

W jednym ze sklepów odzieżowych przeglądałam t-shirty. Tego w szafie nigdy dość, szczególnie dobrej jakości. Obok mnie były dwie kobiety. Matka z córką. Córka może ciut starsza ode mnie, a matka na pewno po siedemdziesiątce. Najczęściej podczas mich zakupów mam założone słuchawki, bo męczy mnie hałas. Tym razem jednak ich nie miałam i słyszałam rozmowę dwóch pań. 

Mama przymierzała sweter i coś nie bardzo sobie z nim radziła, poprosiła więc córkę o pomoc. Ta opryskliwie warknęła „to po co brałaś taki mały” Starsza pani coś tam po cichu jej tłumaczyła, że się ściąga, bo podkoszulka gruba itd. Po uporaniu się ze sweterkiem matka pyta jak wygląda, córeczka znowu niegrzecznie, że jakie to ma w jej wieku znaczenie. 

Ja coraz szybciej przesuwam wieszaki, nie oglądam już ubrań tylko staram się opanować oddech. 

Matka mówi „wiem, że Ci gorąco i jesteś zmęczona, to może innym razem pomożesz mi coś wybrać?”  i córeczka: „oj dobra jak już jesteśmy to wybieraj tylko szybciej”. Ja już jak kobieta w kasie zapierdzielam z wieszakami i czuję jak mi żyła na szyi wychodzi, a jak mi żyła na szyi wyjdzie to już koniec, nie zatrzymasz mnie. Matka pyta o spodnie i słyszę sapanie córki. 

I poszło… 

Powoli odwróciłam się w ich stronę, spojrzałam w oczy córce i matce odczekałam chwilę, żeby złapać oddech. Patrzę na siebie od stóp do głowy patrzę córce w oczy i mówię : oddałabym wszystko, żeby móc teraz doradzać Mamie i być z nią na zakupach… i cisza. 

Matka miała łzy w oczach, po starszych ludziach wzruszenie widać wyjątkowo wyraźnie, natomiast córka zamarła. Patrzyła na mnie i tą moją czerń i zamarła. Cisza, cisza, cisza i nagle słyszę „przepraszam Mamo”. Odwróciłam się i odeszłam. 

Mnie to nic nie kosztowało, moja czerń nie była spowodowana żałobą. Wręcz przeciwnie kocham ją, bo to ja. Ciesze się, że to zrobiłam, że odezwałam się. Nie potrafię iść przez życie obojętnie. Po prostu, takim wrażliwcom jak ja trudniej się żyje. Jednak mają też dobre momenty, mam poczucie, ze im pomogłam. 

Czuję, że jestem silniejsza. Czuję, że wreszcie wracam wgłąb siebie. 

Jeżykowa historia

Czy opłaca się w tych czasach ratować małego jeżyka?

Moja odpowiedź brzmi tak.

Benzyna kosztuje 8,26 zł za litr mój samochód pali jak durny.

Ale pojechałam 130 km w obie strony uratować małe jeżykowe dziecię. Bo taka już jestem, bo za wszelką cenę chcę wierzyć w lepszy świat. Że warto pomagać nawet jeśli szanse na powodzenie są naprawdę małe. Tak jak z tym wyziębionym, małym, ślepym jeszcze jeżem.

Przeżył. Ma adopcyjną mamę i ośmioro rodzeństwa. A ja czuję ulgę, że choć jedna misja skończyła się powodzeniem.

Tak dużo wokół jest stresu i smutku. Wszystko jest jakieś takie trudne. Dlatego uratowanie jeża dało mi siłę. Na nowo.

Ale też skłoniło do myślenia. Skoro jadę 67 km w jedną stronę, w nocy, aby uratować maleńkiego jeża, dlaczego na kolację jem inne zwierzę? No bo tak, kto dał mi prawo decydowania, które ratować, a które jeść?

Dlatego zdecydowanie przechodzę na wegetarianizm. Nie będę jadła zwierząt. Kocham je wszystkie.

Fajnie jest uratować jeża 🙂

Gdy życie znów pokazuje środkowy palec

My ludzie tak bardzo lubimy oceniać innych. Hejt jest wszędzie nie tylko w internecie. Nienawiść, zawiść i wiele innych „iść. Niestety tak mało jest zrozumienia i miłości, a to też przecież jest „ść”. MIŁOŚĆ.

Poznałam dziś kobietę. Mniej więcej w moim wieku. Prawdziwa historia kobiety, której totalnie posypało się życie? Nie ma domu, pracy, przyjaciół. Dorośli synowie mają swoje życia, a jej duma nie pozwala ich prosić o pomoc. 

Szuka pracy jakiejkolwiek, aby tylko coś zarobić. Mnie poprosiła, żebym kupiła jej 5 litrów benzyny. Odda mi pieniądze. A i marchewkę i selera z Groszka, bo tam jest najtaniej. 

A jednak gdy przychodzi do mnie na spotkanie, bo mam jej dać pracę sprzątania i koszenia działki jest ubrana schludnie, czysto i ma zrobiony lekki makijaż. Jest pogodną, miłą osobą. Chociaż w oczach widać smutek, zagubienie i żal. 

Tak łatwo jest rzucić osąd, że nie zadbała o przyszłość, że nie ma domu i tuła się po ludziach. Że bardzo wcześnie rodziła dzieci, że nie ma zapewnionej własnej przyszłości.A ona po prostu przez cztery lata żyła w związku i wierzyła, że tym razem to już na całe życie. Jednak to życie znowu ją przetrąciło. Znowu pokazało środkowy palec. 

Słuchałam jej historii i myślałam, że jest bardzo silna. 

Oczywiście jej życie jest zbyt dla mnie obce.

Ale nie mnie ją oceniać. Nie mamy do tego prawa. Czy rzeczywiście my jesteśmy zupełnie bez skazy? Czy nasze życie jest tak idealne wolne od popełniania błędów? Nie. Więc dlaczego porywamy się na wystawianie ocen innym? 

Gdyby nie było na świecie pogardy, zawiści i innych „ści” świat byłby lepszy. 

Bo jeżeli młodej kobiecie sypie się życie jak domek z kart i bez naszych ocen i pogardy jest jej bardzo ciężko. Więc zajmijmy się sobą. 

Jeśli możesz pomóż, jeśli nie, nie przeszkadzaj. 

„Gospodyni” nr 5 1989.01.29 i niepłodność małżeńska

Raz w roku, a może częściej, bywa, że i rzadziej nachodzi mam taki dzień, kiedy zanurzam się w moich starych zbiorach i przeglądam. Przeglądam nie zważając na upływ czasu, braku jedzenia, kawy i kąpieli. Po prostu zanurzam się w historię moją i moich bliskich. 

Uwielbiam to. 

U mnie jest tak dużo archiwalnych dokumentów, świadectw, gazet, a nawet listów, że nigdy nie wiem na co dziś trafię. 

Zdarzało mi się totalnie przepaść w listach moich rodziców, z czasów gdy nie było mnie jeszcze na świecie. Czytałam listy mamy do taty gdy narodziłam się i mama była jeszcze ze mną w szpitalu.

Mam ogrom takich rzeczy. 

Opowiem o nich innym razem, ponieważ każda rzecz zasługuje na osobny post. 

Dziś natknęłam się na gazetę „Gospodyni” nr 5 z 1989.01.29.

Przeczytałam w niej fascynujący artykuł o niepłodności małżeńskiej w ówczesnych czasach. 

Zacytuję zajawkę artykułu. 

„Niepłodność w naszych czasach staje się problemem społecznych. Liczba zawiedzionych kobiet, które nie mogą w naturalny sposób stać się matkami, rośnie na całym świecie. W niektórych krajach liczba bezpłodnych kobiet wzrasta do tego stopnia, że nawet co czwarte małżeństwo jest tam bezdzietne. Statystyka informuje, że z tych powodów również co trzecie polskie małżeństwo nie może mieć dzieci. Wśród powodów bezpłodności, pomijając wady wrodzone, których nie można wyleczyć, do najczęściej wskazywanych przyczyn należą zjawiska charakterystyczne dla cywilizacji XX wieku. Uważa się, że na niemożność spłodzenia potomstwa wpływa zanieczyszczenie środowiska, lekomania, praca w niewłaściwych warunkach, intensywne sporty kobiece, zmniejszające aktywność gruczołów rozrodczych, rozluźnienie swobód seksualnych, co zwiększa infekcje dróg rodnych, a także zabiegi przerywania ciąży.”

Na szczęście w dalszej części artykułu autor podaje wyniki innych badań, a mianowicie dane procentowe niepłodności i zaznacza w nich, że powodem niepłodności małżeńskiej nie jest tylko niepłodność kobiet. Opisuje główne przyczyny i ewentualne leczenie niepłodności zarówno kobiet jak i mężczyzn. Niestety ze szczególnym naciskiem na kobiety. 

Nie wiem, może dlatego, że to gazeta „Gospodyni” więc jak mniemam kobiece pismo. Ale w zajawce wspomniane są kobiety, mężczyzn brak. 

A dlaczego o tym piszę? Bo czasem mam wrażenie, że mimo upływu lat niewiele się w tej kwestii zmieniło. 

Nadal to kobiecie jest częściej przypisany powód braku potomstwa. 

I nie chcę tu roztrząsać tematu kobiet, bo od razu zaczynam się gotować jak myślę o tym jak w XXI wieku my kobiety jesteśmy skazane na głupie decyzje mężczyzn. 

Mamy 2022 rok, a ustawy ingerujące w macice kobiet śmiało można wstawić jako artykuł w „Gospodyni” z 1989.01.29. Po prostu chciałam zostawić tu temat jak kiedyś postrzegano niepłodność i czyja to była „wina”. Jak było kiedyś a jak jest dziś. 

Chyba napiję się dziś dobrego afrykańskiego wina i poczytam „Gospodynię”. Może czegoś się nauczę, bo wiadomo, że gospodyni ze mnie żadna. 

Uwielbiam te moje zanurzenia w skarby jakie gromadziła moja babcia, mama i teraz ja gromadzę. Dziś natrafiłam na gazetę z 1989 roku, innym razem będzie to list, zdjęcie lub opowieść dziadka. 

Afryka

Afryka, Południowa Afryka, Namibia, Botswana, Zimbabwe.

 

Dla niektórych to nazwy obco brzmiące, dla niektórych to egzotyka, a dla jeszcze innych marzenie. Dla mnie te wyrazy to magia, melodia, tchnienie.

Tam jestem inna, jakaś taka jakby świat nie istniał, a liczyła się chwila. Afryka dała mi więcej niż może się wydawać. Daje mi siłę i wiarę. Mam wiele zdjęć gdzie stoję tyłem z rozłożonymi ramionami. To tak jakbym chciała latać, albo objąć to co widzę i chłonę, chłonę każdą minutę i każdy centymetr Afryki. Czuję, że mamy wspólny wyszeptany układ. Może kiedyś go zdradzę, ale na razie wstawię tylko zdjęcia, na których nie pozuję. Po prostu jestem w Afryce.

Jest godzina dziwna, raczej późna, bo jest 01:21, ale jakoś spać nie mogę i coś mnie pcha do napisania i wstawienia tych zdjęć, a pomysłów mam coraz więcej. Wstawię na razie kilka.

IMG_ - 1 (11)

IMG_ - 1 (7)

IMG_ - 1 (1)

IMG_ - 1 (2)

IMG_ - 1 (3)

IMG_ - 1 (4)

IMG_ - 1 (5)

IMG_ - 1 (6)

IMG_ - 1 (8)

IMG_ - 1 (9)

IMG_ - 1 (10)

IMG_ - 1

IMG_ - 2

Nie przerażają mnie długie loty. Nie jest ważne dla mnie jak długo będę tam lecieć. Dla mnie świętem jest, że w ogóle mogę tam lecieć i być.

A i głos podobno mi się zmienia jak tylko zaczynam mówić o mojej Afryce, jakby ktoś światło w środku we mnie zapalił.

Afryka dała mi siłę do walki z wszelkimi przeciwnościami, chorobami, lękami, ale i do pielęgnowania radości. Gdy jest mi źle włączam komputer i gapię się na zdjęcia i przypominam sobie zapach i kolory i jakoś wstaję i działam.

A teraz w nocy pomyślałam, że nie tylko o Afryce będę pisała na blogu, chociaż ona będzie tutaj najważniejsza, bo zawsze jest, ale spróbuję też pokazać co jeszcze jest w moim życiu poza granicami Afryki, ale Afryką w sercu jest.

 

Co dziś mi Afryko dasz ?

Przepiękny afrykański poranek. Safari nieubłaganie zbliża sie do końca. Jeszcze tylko dwa dni.

Ale…

Co dziś mi dasz piękna Afryko? Zapytałam jej po cichu przeciągając się leniwie 🙂 Ach tak? Dziś Okno Boga, miejsce, o którym mówi się, że gdy Bóg zaczął tworzyć świat to zaczął od tego miejsca. Hmmm, nie mogę się doczekać 🙂 Już chcę tam być. Ach ten mój brak cierpliwości 🙂

IMG_0324

 

IMG_4216

 

IMG_3881

 

IMG_3854

 

IMG_2701

 

IMG_3865

 

IMG_0325

 

IMG_0327

 

IMG_0331

 

IMG_0333

 

IMG_0335

 

Punkt widokowy położony jest bardzo wysoko w górach, dlatego nigdy nie wiadomo czy i kiedy uda nam sie podziwiać widoki. My mieliśmy prawdziwe szczęście. Było pięknie.

Nie ma powtórek

Czy malując nasze siwe włosy nie oszukujemy siebie, że jesteśmy młode/młodzi i mamy czas? Czy nie jest wtedy łatwiej myśleć, że mamy jeszcze czas i odkładamy życie na później?

Życie nie jest nam dane za zawsze, powtórek też niestety nie ma.

Uczę się żyć świadomie, nie obojętnie i mimo, że jest to cholernie trudne ja się nie poddam.

Ostatni tydzień był dla mnie bardzo trudny i szczerze mówiąc średnio sobie z nimi poradziłam.

Jednak dałam sobie czas, poukładałam myśli, przypomniałam sobie jak kruche jest życie. Jak mało jest na świecie szacunku do życia.

Zauważyłam, że dużo osób odkłada życie na później. Sama się na tym łapię, że czekam. Ale co gdy „później” nie będzie. Ja nie mówię o tym, żeby ciągle przewidywać najgorsze, chodzi mi bardziej o to, żeby korzystać z życia teraz.  Tu i teraz. Mój problem doskonale opisał Budda, cytat poniżej.

„Sekret zdrowia dla umysłu i ciała to nie opłakiwać przeszłości, nie martwić się o przyszłość lub oczekiwać problemów, ale żyć mądrze w chwili obecnej.”

Moja Mama miała 44 lata gdy zdiagnozowano u niej glejaka, guza mózgu, musiała zrezygnować z ukochanej pracy, zrezygnować z jazdy samochodem. Po prostu ma Pani guza mózgu, koniec, idzie Pani na rentę, do widzenia. W wieku 44 świat i życie powiedziało Mamie adiós.

Półtora roku temu moja ukochana klientka miała bardzo ciężki wypadek, wjechała na nieoznakowanym przejeździe kolejowym pod pociąg. Kobieta serdeczna, pełna życia, ciepła, cudowna Babcia i Mama. Miała całą furę pomysłów na życie, planów. Miałyśmy się spotkać jeszcze wiele razy.

Bliskich i trochę dalszych odchodzi zbyt często.

Mama miała 44 lata, Pani Grażynka 56. Ja mam 42 lat.

Naprawdę chcę żyć. Chcę żyć w zgodzie ze sobą. Nie chcę żyć obojętnie obok.

Nie, nie zastanawiamy się nad tym. Po prostu gonimy dalej. Gdy ktoś opowiada o swoich problemach tak łatwo jest pomyśleć, dobrze że u mnie tak nie ma. A ja zapytam czy na pewno? Czy po prostu nie chcesz się zagłębiać w swoje życie, ze strachu, że odkryjesz co powinieneś zmienić? Nie wiem, może więcej czasu poświęcić dla siebie lub dla bliskich, którzy tęsknią, a może odpuścić wreszcie i nie gonić za kimś kto Ciebie nie chce.

Mamy jedno życie i chciałabym usiąść kiedyś w fotelu i powiedzieć, przeżyłam życie jak chciałam.

Nie odkładaj życia na później, ale też nie myśl, że jesteś na coś za stary. Nigdy nie jest za późno na odrobinę egoizmu i zadbanie o siebie.

Czasem gdy jest mi tak bardzo źle, siadam sobie w miękkim, bujanym fotelu, patrzę na zdjęcie Mamy i pytam jej co mam robić. I zawsze dostaję tę samą odpowiedź „ŻYJ”. Życie jest darem.

Mniej więcej od 9 lat choruję na depresję. Jest ze mną  każdego dnia, raz wygrywam ja raz ona. Jednak od niedawna, gdy opadam z sił Mama szepcze „Żyj”, wstaję wtedy i wiem, że jestem silna i nie zmarnuję ani jednego dnia dłużej.

Życie nie jest na zawsze i nie ma powtórek.

Dlatego żyj tu i teraz.

 

nie zagłuszaj szumu lasu

11 kwietnia, niedziela, wiosna.

Od lat zmagam się z depresją i od lat żyłam w mroku. Siły dodawały mi moje psy i podróże do Afryki gdzie czułam się wolna.

Teraz jestem w Polsce, pierwsza wiosna w Polsce od kilku lat. Moje leczenie daje dobre efekty i mimo, że tęsknię za Afryką całą sobą to uczę się dostrzegać życie tu i teraz. W tych trudnych pandemicznych czasach każdy z nas żyje w stałym napięciu. Moja pani psycholog mówi, że jest to życie w traumie. Codziennie boimy się o zdrowie i życie swoje i bliskich, codziennie słyszymy o śmierci, niepewności jutra i zagrożeniu. To jest typowa trauma.

Jednak trzeba żyć. Przede wszystkim dla siebie, ale też dla najbliższych.

W poprzednim wpisie pisałam, że wybrałam życie. Bardzo skupiam się na terapii i na byciu tu i teraz . Pierwszy raz od lat widzę życie. Widzę każdy zielony listek, słyszę każdą nutę wyśpiewaną przez krzątające się przy gniazdach ptaki. Patrzę w niebo i widzę błękit.

Wiele osób zaczyna wiosnę od porządków w szafie. Ja natomiast zaczęłam od porządków w książkach. Przygotowałam książki, które chcę koniecznie przeczytać wiosną i latem.

Aha, przestaję mówić słowo „muszę”. Zastępuję go słowem „chcę”.

Nie, nie jestem zdrowa. Mam mnóstwo lęków, dopadają mnie chwile obniżonego nastroju, popadam w odrętwienia. Depresja będzie ze mną już całe życie. Ale w tej chwili cieszę się z efektów leczenia. I nawet gdyby ta poprawa miałaby trwać tylko kilka dni lub tygodni to ja ją chwytam i trzymam z całych sił.

Nie zagłuszam szumu lasu. Nie udaję, że jest inaczej.

Po prostu jestem TU i TERAZ.

Najczarniejszy dzień od 14 lat

Boże pomóż mi być takim człowiekiem, za jakiego bierze mnie mój pies

8 października 2020 roku był moim najczarniejszym dniem od 14 lat. Pisze nieskładnie, ale emocje są nadal świeże. 

Dzień nie zapowiadał niczego dramatycznego. Od kilku dni czułam się przemęczona i jakaś rozbita. Rozważałam wzięcie kilku dni może nawet tygodni urlopu. Sama prowadzę swoją firmę więc w zasadzie rozważałam przerwę na jakiś czas. Chciałam pozbierać myśli, nabrać dystansu. Byłam skupiona na tym jak mi źle i co mogę zrobić żeby to naprawić. 

Nie wiedziałam jeszcze, że za kilka godzin całkowicie odmieni się sposób mojego postrzegania życia. 

Wieczorem Wega, mój świat, moja sunia, moja bratnia dusza poczuła się źle. Pierwsza moja myśl, że to po zastrzyku z antybiotykiem na biegunkę, która męczyła ją od trzech dni. Jednak gdy nie chciała wyjść z samochodu, a po wyniesieniu jej od razu położyła się już wiedziałam, że mój pies cierpi. Spojrzała mi w oczy i zobaczyłam w nich rozpacz i strach. Tak tak, ja po spojrzeniu w oczy moim psom wiem, kiedy jest źle. Tak u obu psów wykryłam babeszjozę. 

Oczy mojej suni przepełnione były bólem i rozpaczą. 

Nie myślałam ani chwili. Włożyłam na siebie cokolwiek (dopiero w lecznicy zobaczyłam, że mam na sobie brudne dresy) i od razu pojechałam do lecznicy. To był moment. Nic nie czułam, o niczym nie myślałam, byłam jak maszyna i prostu chciałam już tam być. 

Szybka wizyta, szybkie Usg i jeszcze szybsza diagnoza. Pękł wielki guz i jest ogromne krwawienie do jamy brzusznej, pies się wykrwawia. Nie wiadomo czy guz wątroby czy śledziony, jak wątroby to będzie uśpienie psa śródoperacyjne, jak śledziony to jest niewielka szansa, to jest lepiej. Ale L. szybko został zabrany z Wegunią na Rtg, jeżeli są przerzuty to nawet nie będą operować. 

Tylko kilka zdań… a ja słyszę… 

Mój pies umiera, a ja razem z nią. Nie wiem czy są przerzuty, później orientuję się, że chyba nie skoro operacja trwa. Nie wiem czy oddycham, wiem, że drapię L. i błagam bezgłośnych skowytem, żeby mi los jej nie zabierał, bo umrę. Czułam, ze nie oddycham, ale nie mogę, bo ona umiera, a ja razem z nią. Pytam ostatkiem sił czy mogę ją jeszcze zobaczyć zanim umrzemy, słyszę tylko w oddali „nie mamy na to czasuuuuu, nie mamy na to czasuuu….” 

Duszno , jest mi duszno, mój rozum jest daleko, serce przestaje bić i tylko ten ból. Nawet nie wiedziałam, że w sekundę może zaboleć każda komórka ciała, jakby im też zabrakło tlenu. 

Wydaje mi się, że tak może czuć się człowiek, który tonie. Ja tonęłam w mojej rozpaczy. 

Czekaliśmy na korytarzu i było tak cicho. Lecznica była już nieczynna, jednak nam pozwolono zostać. Cisza była tak przejmująca. Miałam wrażenie, że słyszę maszyny ratujące jej życie i krzątaninę lekarzy. Gdy wyszła pa doktor i powiedziała, że guz śledziony popatrzyłam na nią z taką miłością. Patrzyłam na nią jakby zaświeciła jaśniej światło. 

Kolejna godzina i przychodzi do nas lekarz, który operował Wegunię. Operacja udała się, śledziona wycięta, była ogromna utrata krwi i decydujące będą kolejne dwie trzy doby. 

Pamiętam już tylko urywki, że na wyniki trzeba poczekać dwa tygodnie, że musi Wega zostać w szpitalu i o rokowaniach, że trzeba cieszyć się każdym dniem. A ja w tych wszystkich zdaniach i wyrazach słyszałam, że żyje, mój świat przeżył. 

Wega jest już w domu, jest obok mnie. Czasem pochrapuje przez sen. A ja musze ją czuć. Nie wystarczy mi, że ją widzę, muszę czuć, ręką dotknąć oba psy. Drago jest zawsze obok, czekał na Wegunię i tęsknił w każdej minucie. Ja muszę czuć ich oboję. Patrzę i czuję, że to jest cud, że je mam. 

Nie potrzebuję już urlopu, nie jest mi już źle w życiu. 

Moja Wega żyje, ja jeszcze nie. Jeszcze zostałam tam w lecznicy i wyję. Bo czekamy na wynik, bo mam cieszyć się każdym dniem z moim światem. 

Jednak najważniejsze jest to, że mam je obok. Wega i Drago. Moje dwa serca, światy. 

DRAGO

Drago, to byl zaszczyt, ze moglam byc Twoim opiekunem, przyjacielem, psia mama. Byles moim wszystkim. Zawsze obok. Dziekuje Ci, ze wypelniles dom ogromna miloscia i zaufaniem. To byly cudowne 10 lat naszego zycia. Teraz pobiegles teczowym mostem do swojej Wegi i razem szalejecie na rajskich lakach. Teskniles za nia bardziej niz kochales zycie. Wytrwales bez niej 7 miesiecy, a gdy spokojny uznales, ze sobie poradze postanowiles pojsc do swojej krolowej. Jestes moim swiatlem. Do zobaczenua w psim raju moj Przyjacielu.

Pożegnałam najbliższego i najwierniejszego przyjaciela. Był dla mnie wszystkim, zawsze ze mną, zawsze obok. 

Czy można opisać ból? Nie fizyczny, chociaż może też. 

Odszedł na moich rękach. Oboje już byliśmy gotowi. On wiedział, że już sobie poradzę i już nadszedł jego czas. Ja wiedziałam, że jest już gotowy i jego dusza rwie się do jego królowej. Tęsknił i kochał ją bardziej niż życie. To uwielbiałam to w nim, tą wierność i oddanie połączone z nieopisaną łagodnością. Był chodzącym dobrem. Prawdziwym dobrem. 

Część mojego serca zgasła, po to żeby odrodzić się na nowo, jak Fenix. 

Nie płaczę za nim, czuję spokój, że już nie cierpi. Bo prawdziwa miłość jest wtedy, gdy pozwalasz odejść mimo rozdzierającego smutku i strachu. A to była prawdziwa miłość. On czekał, aż poczuje spokojne bicie mojego serca, że podołam. Ja trzymałam go w ramionach i pomogłam przejść na drugą stronę tęczowego mostu. Na zawsze mamy więź. 

jestem spokojna

Dziwne i nieznane mi uczucie, ale tak, jestem spokojna. 

Dałam mu życie jakie umiałam. Podziękowałam mu za zaszczyt jakim mnie obdażył chcąc spędzić ze mną swoje życie. Zawsze będzie w moim sercu, jego nauki łagodności i cierpliwości przekażę Yenie, która została i tak pięknie patrzy mi w oczy. Wychowam ją z taką samą starannością jak jego. Jest promykiem osuszającym łzy na policzku. Jest pełna życia i ciekawości świata. I ja pokażę jej ten świat 🙂

Biegaj Drago ze swoją królową Wegą. Bez bólu. Widzę Twój uśmiechnięty pysk i radość, która aż się w Tobie nie mieściła. Kocham. 

Te teksty to dwa wpisy. Jeden na Facebooku, drugi na IG. Nie mam siły pisać trzeciego. Napisałam już wszystko co czułam.

Czuję wdzięczność za wsparcie jakie otrzymałam od ludzi. Były wiadomości, których nawet się nie spodziewałam. Zabrakło tych, na które tak liczyłam. Za te brakujące też jestem wdzięczna, bo pokazują, że już nie czekam. Idę przez życie spokojna. Mam za sobą piękne 10 lat z Dragiem i kolejne z Yeną.

Dziękuję za t cenne lekcje życia.

Inspirowana naturą codziennie szukam piękna w ludziach, życiu.