Archiwa tagu: Afryka

Mgła na pustyni

W Połuniowej Afryce nie zawsze budzi nas piękne słońce, czasem wita nas tajemnicza, nieco mroczna mgła. Czasami Afryka chowa się w mgle odsłaniając swoje piękne oblicze powoli, dozując nam przyjemność i pobudzając ciekawość. 

Szczerze mówiąc pierwszy raz w życiu miałam okazję zobaczyć tak gęstą, ale jakże piękną mgłę w Parku Kgalagadi. 

Wyobrażacie sobie jak czuły się zwierzęta w taką pogodę, gdy widoczność jest na kilkanaście metrów. Szczególnie Sprongboki czy Oryxy. To musiał być dla nich bardzo stresujący poranek. Dla nas jednak to była magia, doświadczać zupełnie innej przyrody. Tak, Afryka swoją roślinność zmienia gdy jest sucho, wilgotno, zimno, upalnie. To zupełnie inna przyroda. 

Podziwiałam, tak bardzo podziwiałam i chłonęłam chwilę, ze na moment zapomniałam fotografować krajobraz. 

Wiecie co, czasem musze popatrzeć. Chciałabym Wam pokazywać Afrykę zarażać miłością do niej, ale czasem po prostu musze popatrzeć. 

Piękne chwile, warto było wstać przed wschodem słońca 🙂 

To tajemnicze oblicze pustyni zarówno mnie zachwycało jak i lekko przerażało. Na pewno hipnotyzowało.

Aż trudno uwierzyć, że jeszcze wczoraj w tym miejscu fotografowałam ogromne przestrzenie.

Teraz jest tak, jakby Afryka zamknęła się w tych paru metrach widoczności.

Mgła na pustyni Kalahari

Przepiękne słońce

Jakby smutno, ale pięknie.

Chciałbyś nurkować z rekinami ?

Ten wpis jak wszystkie inne nie jest obiektywny.

Zanim przeczytasz przygotuj sobie szklankę wody i usiądź wygodnie, bo doznania będą mocne.

Nie ma w tym wpisie zdjęć. Po przeczytaniu sam zrozumiesz dlaczego.

Jeśli kiedyś zazdrościłeś komuś, że ktoś inny miał okazję nurkowania z rekinami w oceanie przeczytaj ten wpis.

Lubię ekstremalne doznania i chętnie próbuję wszystkiego co mnie spotka  w Afryce nie tylko. Nawet zjadłam smażoną larwę Mopani. Do głaskania zwierząt jestem pierwsza, skakałam przerażona Flight Fox nad Wodospadami Wiktorii no i marzyłam, żeby zanurkować z rekinami.

To był wrzesień, zima. Umówiony rejs wgłąb oceanu, niestety codziennie przekładany ze względu na złe warunki pogodowe, ale ja twardo czekam. Nawet nie wiesz jaka byłam podekscytowana, lada dzień spełni się moje wielkie marzenie. Co tam zima, co tam deszcz, ja chcę zanurkować z rekinami.

No i stało się, zadzwonili, że jutro około 5-6 rano wypływamy.

Wspomnę tylko, że Andrzej nic nie mówił, coś tam mówił o mdłościach, ale kto by tam się tym przejmował.

Zjawiliśmy się punktualnie, zimno jak diabli, 11 stopni, chmury, a elegancka drobna mżawka nie pozwalała słońcu na ogrzanie Afryki, widoczność wody pół metra. Przestraszyłam się ? Nieeee… ja płynę nurkować. Andrzej nic nie mówi… czasem coś tam bąknie pod nosem niecenzuralnego, ale nie zniechęca, przecież to marzenie do spełnienia. Cały czas zastanawiałam się, o co chodzi z tym obfitym śniadaniem, którym nas raczyli. Jajecznica, boczek, fasola, fura pieczywa, kawka, herbatka, nic tylko jeść i biesiadować.
Po śniadaniu zebrali wszystkich, bo było nas około 40 śmiałków i rozdali pianki. Hmmm nie wstrzelili się z moim rozmiarem, co było mi nawet miło, że jest za duża. Mżawka postanowiła zmienić się w kapuśniaczek.
Aaaa dostaliśmy worki chroniące nasze ubrania przed ewentualnym pochlapaniem. Wsiadamy na łódź. Załoga hmm zachowywała się dość swobodnie, a  ja ledwo wytrzymałam przed rozpłakaniem się ze szczęścia. Poleciałam jak wzorowa uczennica na początek wycieczki, bo ja chcę, ja już się nie doczekam. Andrzej tylko zdążył powiedzieć wsiadaj do kabiny, ale ja nie chcę. Ja chcę na ten balkon na górę. Czułam jednak, że tym razem nie ma z nim dyskusji, więc nieszczęśliwa usiadłam w budzie.

Słuchaj, powiem jak było.

Gdy łódź wypłynęła pod fale wgłąb oceanu, to woda zaczęła tak napierd…. po ludziach, że chyba nawet gacie mieli mokre. Przepraszam, że brzydko mówię, ale jak znasz jakiś ładny odpowiednik obrazujący jak te fale w nich waliły to proszę napisz w komentarzu. Załoga oczywiście miała niezłą bekę z turystów, delikatnie przypominam, że było 11 stopni i kapuśniaczek już nie stanowił problemu.
Dopłynęliśmy na miejsce, kazali przebrać się w pianki i ubrania schować do worów, żeby nie uległy zamoczeniu :)) Wytłumaczyli dokładnie gdzie są kanapki i lizaki. Lizaki? Po co dorosłym lizaki. Wystarczyło mi 30 sekund, żeby zrozumieć, że dziś zeżrę tonę lizaków (odwracając uwagę, oszukują umysł i zapobiegają wymiotom). Nadal 11 stopni i kapuśniaczek. Aha, woda 8 stopni.
Przebrałam się w piankę i lekko spanikowałam, gdy zobaczyłam klatkę, do której musimy wejść. Nie chodziło o rekiny, bo ich się nie bałam, bałam się klatki, ponieważ mam klaustrofobię, a klatka nie pozwalała na swobodne opuszczenie jej. Postanowiłam zanurkować na końcu.
Decyzję taką podjęłam jedząc lizaka, trzymając się słupka i modląc się, żeby nie wymiotować. Aha, od razu gdy kapitan powiedział, o lizakach, poprosił żeby żygać za burtę po prawej stronie, bo po lewej jest klatka z nurkami, z czego prawie wszyscy natychmiast zaczęli korzystać. Chyba wszyscy walili za burtę i niestety pod wiatr. A ja stoję i obserwuję tych w klatce i wypatruję rekinów conajmniej takich jak w „Szczękach”. To czym nęcili rekiny co chwilę obijało się o klatkę, a była to chyba kiedyś głowa wielkiej ryby, ale tylko się domyślam, bo to coś chyba już od dawna służy jako przynęta.
Medytuję. Spaceruję w myślach po twardym suchym piachu w Kapsztadzie, słońce ogrzewa mi plecy i wcale nie czuję zimna, jest gorące afrykańskie powietrze.
Podpłynął rekin, widziałam go. Podpłynął na dwie sekundy i go nie ma. Ci z klatki nic nie widzieli. Zmiana tury, ci wychodzą tamci wchodzą. Podpłynął rekin, ja stojąc na łodzi widziałam go, ci w klatce nic. Ja tylko wywalam patyczki i żrę kolejne lizaki wyobrażając sobie suchy piach pod stopami. Znowu podpłynął rekin, całkiem duży, otarł się o klatkę. Ja go widziałam ci z klatki nie. Chłopak z drugiej tury, który wyszedł z wody nie kontaktuje, jest sinozielony i gdzieś w krainie, do której tylko on ma dostęp. Dziewczyna obok z pierwszej tury tak się trzęsie z zimna, że nie może utrzymać lizaka, o trafieniu nim do buzi nawet nie myśli.
To była szybka decyzja. Przebieram się w ciuchy i nie nurkuję, głupia nie jestem tym bardziej, że i tak więcej widzę niż oni a w ciuchach przynajmniej będzie mi ciepło. A przekonałam się na sto procent, gdy zobaczyłam, że ci w klatce mają wodę na wysokości twarzy i wymiotują jeden obok drugiego, bo nimi też huśta, my na łodzi chociaż mamy lizaki. Jednak gdy zobaczyłam jak obok nich przepływa klusek, to nawet nie pamiętam w jakim tempie się przebrałam. Fuuu.
Przebrałam się i zajęłam miejsce przy moim słupku, nie wiem czy gorzej mi od lizaków czy tych potwornych fal. Wszyscy rzygają, nie ma mocnego.
Nagle podpływa ogromny rekin, olbrzymi i atakuje klatkę, aż zahuśtało nią. Ja go widziałam ci w klatce nie.
Byłam chyba jedyna, która nie chorowała. Ludzie byli biedni i już wiem po co śniadanie. To była dla tych osób droga przez piekło. Oni czasem nawet nie kontaktowali przez zimno i chorobę morską. Wszystko na raz.
Widziałam rekiny bez nurkowania, nie chorowałam i nie byłam śmiertelnie zmarznięta. To nic, że na spodniach miałam śniadanie wszystkich, bo przecież prawa burta była pod wiatr. Przygoda była świetna, ale ja już więcej nie muszę nurkować z rekinami. Tobie jak najbardziej polecam, bo trzeba to przeżyć, ale w lecie i po dobrym żarciu.

 

Kolejny przyjemny poranek…

img_-3

Nie zawsze mój pobyt w Afryce jest z turystami. Zdarzają się dni kiedy czekając na kolejną lub pierwszą grupę mamy kilka dni i czas żeby popracować.

W 99% naszych podróż to czas z turystami. Wspaniałe to dni, ponieważ uwielbiamy poznawać ludzi i dzielić się z nimi Afryką. Jesteśmy wtedy przewodnikami, ja jestem fotografem, a Andrzej przewodnikiem, kierowcą i oczywiście niekończącą się skarbnicą dowcipów. Nikt nie może się nadziwić skąd on je bierze 🙂

Natomiast 1% mojego czasu w Afryce to wyprawy w nieznane miejsca. Lubimy odkrywać zakamarki Afryki i testować na sobie, czy warto pokazywać to turystom, czy lepiej pokazać inne ciekawe miejsca.

Czasami jednak zdarzają nam się też dni, w których mamy czas, żeby popracować, odetchnąć, zebrać myśli i przygotować się na przyjazd kolejnej grupy. I taki dzień był teraz.

Byliśmy u przyjaciół w Namibii i po porannej kawce i przed pracą (mamy swoich kilka afrykańskich projektów wymagających komputera, internetu i czasu) mieliśmy okazję pobawić się z maleńkimi sierotkami surykatkami. Były przesłodkie. Ich pomrukiwania, ciekawskie łaskoczące noski i delikatne paluszki były fantastyczną poranną przyjemnością 🙂 Nie sądziłam, że są tak miłe i ciekawskie. Są bardzo płochliwe i wydaje mi się, że nie jest łatwo dostrzec je dziko żyjące na pustyni. To była naprawdę frajda pobawić się z takimi stworzonkami 🙂  Z resztą nie ma co pisać wystarczy popatrzeć na mnie jaka jestem szczęśliwa 🙂

img_-2

img_-1

img_-1-2

img_-7-1

img_-8

img_-6-1

img_-6

img_-7

img_-5-1

img_-5

img_-4

img_-1-3

Wspaniała zabawa 🙂

 

 

Jedno z fajniejszych śniadań :)

Jestem ogromną szczęściarą, że miałam możliwość w życiu zjeść śniadanie w takim otoczeniu.

Na poranne safari najlepiej wybrać się jeszcze przed wschodem słońca, od razu po otwarciu bram kampu. Wtedy zwierzęta budzą się ze snu, zebry i różnego rodzaju antylopy oddychają z ulgą, że udało im się przetrwać noc. Drapieżniki odpoczywają po nocnych polowaniach, a słonie pędzą do wody.

Dlatego zawsze staramy się wyjechać jak najwcześniej. I tak było tym razem. Nie czekaliśmy na śniadanie w kampie, tylko skombinowaliśmy sobie suchy prowiant. Wyjechaliśmy przed 6:00 rano i podziwialiśmy budzącą się przyrodę.

Dotarlismy nie wiem gdzie, w jaką część parku. Na pewno Andrzej wie doskonale gdzie to było, ja nie, ale jakoś nie musiałam tego wiedzieć.

Absolutnie zakochałam się w tym miejscu. Mogłabym tam zostać na wiele godzin. Gdzieś jakby zapomniane przez świat i ludzi.

Idealne miejsce. Naszymi towarzyszami były zwierzęta, przyroda i słońce 🙂

img_-1-9

img_-1-1

img_-1-8

img_-2

Oczywiście bardzo szybko pojawiło się paru chętnych do naszego śniadania 🙂

img_-1-2

img_-1-3

Nie ma za wiele miejsc w parku, w których można wysiąść z samochodu. Ale gdy już są zawsze są w bardzo ciekawych miejscach. Czasem jest tam więcej ludzi czasem mniej. Cieszyłam się, że tym razem nie ma nikogo.

img_-3-1

Ja oczywiście koniecznie musiałam opisać te chwilę, bo jak wszyscy wiedzą ja zawsze gdzieś coś piszę 🙂

img_-1-4

Później spotkaliśmy bardzo miłego strażnika, który pokazał nam tropy lamparta i opowiedział, że dwa lamparty krążyły nocą dookoła jego domku.

img_-1-5

img_-1-6

 

Ale, ale…

Oczywiście posiedzieliśmy trochę. Popisałam, wypiliśmy kawę i pojechaliśmy dalej podziwiać Park Krugera. Jednak tego dnia ciągnęło mnie w to miejsce i bardzo chciałam tam wrócić. Wróciliśmy na koniec dnia. To był fajny wybór, ponieważ mieliśmy okazję zobaczyć przy jednym wodopoju i słonie i nosorożce i bawoły, a to nie jest częsty widok. Zobaczyć i ująć na jednym zdjęciu trzy osobniki z wielkiej piątki to prawdziwe szczęście.

img_-9

Tam z tyłu wśród słoni naprawdę stoi nosorożec 🙂

img_-3-1

img_-2-1

img_-8

img_-10

img_-6

img_-5

Kocham to 🙂

Każde zwierze jest piękne nawet Bawół

Bawół – kolejny przedstawiciel Wielkiej Piątki.

img_-1-6
Opisywałam już słonie i uczciwie mówię, że słonie są moją ogromną miłością i jeszcze nie raz o nich napiszę.
Ale dziś będzie o Bawołach.

img_-1-7

img_-1-1

Specjalnie piszę wielką literą, bo one wzbudzają we mnie jakiś taki sama nie wiem… no w każdym razie czuję, że powinnam pisać z dużej litery.
Jest to ogromne zwierzę. Dorosły samiec waży około tonę. Jest to rodzaj bydła, ale jako jedyne z tego gatunku, którego nie dało się udomowić. Szczerze mówiąc nie dziwię się.

img_-6

img_-5

img_-5-1
Zaliczany jest do 5 najniebezpieczniejszych zwierząt Afryki. Ja osobiście jakoś nie czuję się komfortowo jak jestem zbyt blisko nich. Coś w tych oczach jest strasznego dla mnie 🙂

img_-1

Tutaj właśnie był bardzo blisko mnie i nie chronił mnie samochód. Przyznam szczerze, że panikowałam.

img_-2
Charakterystyczną cechą Bawołów są ich rogi potocznie nazywane hełmem. Ja jako kobieta wiszę w tym dziwnie zaczesaną i zastygłą grzywę 🙂 No przyjrzyjcie się sami 🙂
Im starszy osobnik tym twardszy i grubszy hełm.

img_-1-4

img_-2-1

img_-3

img_-1-5
Czasami zdarzało nam się znaleźć w środku stada, czasami przecinały nam drogę. Zawsze jednak czułam ich siłę.
Niestety na Bawoły dość często polują dorosłe lwy i zazwyczaj w grupie, bo nie jest łatwo powalić tak ogromne zwierze.

Niestety też statystyki mówią, że od Bawoła ginie około 200 osób rocznie. Jednak ja nadal uważam, że zwierze najpierw ostrzeże zanim zaatakuje, więc nie wiem w jakich okolicznościach zginęło te 200 osób.

img_-1-2

W każdym razie ja czuję respekt i nie zamierzam wchodzić im w drogę.

img_-4

img_-1-3

img_-4-1

img_-2-2

Krótko mówiąc moim zdaniem to takie brzydale bez których afrykański krajobraz dużo straciłby na swoim uroku. One muszą być.

My z Andrzejem mówimy w żartach, że to afrykańska Tatanka 🙂

Piękne Kudu.

Jednym z najpiękniejszych zwierząt występujących w Południowej Afryce i Namibii to Kudu. Nie jest ich za dużo, chociaż w Narodowym Parku Krugera można ich widokiem nacieszyć oko i nie trzeba specjalnie wypatrywać tak jak chociażby drapieżników.

Kudu to symbol Narodowych Parków RPA. Jego portret. I nie dziwię się bo jest piękny 🙂

img_-1-2

img_-1-3

Warto wiedzieć, że charakterystyczny tylko dla tych zwierząt jest sposób walki samców. Oczywiście walczą rogami, jedna bardzo często zaplątują się w swoje rogi i niestety umierają, ponieważ rozplątanie jest już niemożliwe.

Zawsze chętnie je obserwuję i fotografuję, każdy jest inny i nie są tak bardzo płochliwe.

Oczywiście w Parku Krugera zagrożeniem dla nich są lwy i widziałam w internecie walkę lwów z Kudu. Dwa filmiki widziałam i jak to w przyrodzie raz wygrały lwy, raz Kudu przechytrzyły te wielkie koty.

Ja zawsze spotykałam je spokojne podczas jedzenia lub przechadzki.

img_-3

img_-2

img_-2-1

img_-1-7

img_-1-5

img_-1-4

Pięknie było, ach jak było pięknie.

Pięknie było.

Wszystko było co miało być.

Był przepych Sun City, bogactwo i oryginalna architektura. Nawet sztuczna fala.

img_-1

Była dzika przyroda, nowe parki i rezerwaty. Były też magiczne przestrzenie i wolność Namibii. Wszystko było.

img_-1-3

Zastanawiałam się jak pisać tym razem tego bloga. Czy złożyć relację czy opowiedzieć jak ja widziałam Afrykę.

Postanowiłam 🙂 Mój blog 🙂 Moje uczucia i spojrzenie 🙂

Każdy wyjazd jest inny. Ten zaliczam w moim prywatnym rankingu jako drugi po najlepszym.

Ach było pięknie.

img_-2

Oczywiście odwiedziłam moje kochane słonie. w Parku Krugera udało nam się spędzić kilka chwil w samym środku stada. Odwiedziłam Sally i Mashudu. Ale wszystko po kolei opowiem.

img_-1-1

Widzieliśmy lamparty i hieny i wiele innych pięknych zwierząt. Co mnie cieszy z nosorożcami też nie było tak źle. img_-6

img_-2-2

img_-1-5

img_-1-2

Ale ale, była też śnieżyca. Były pogorzeliska po pożarach. Była Helen Martins i góry, ocean, zachody słońca i spotkania biznesowe. Mnóstwo spotkań. Ale była też bieda Afryki i kontrasty widoczne niemal na każdym kroku. Była komercja i działania tylko pod turystę, ale były też prawdziwe zakątki Afryki.

Co tu dużo mówić. Kocham Afrykę. Kocham tam być. Kocham ludzi, przyrodę, dzieci i słońce.

PO prostu tam jestem sobą co dokładnie widać na zdjęciach 🙂

 

 

Koniec laby

No i zaczynamy ostatni weekend laby, świątecznej, sylwestrowej, czy z okazji święta Trzech króli. W Afryce koniec wakacji i przerwy świątecznej. Co tu dużo mówić, trzeba zabierać się do pracy i nie ma, że się nie chce, ale póki co… Jest weekend i czas laby i spokoju. Pamiętajcie Kochani, że to ostatnie dwa dni lenistwa 🙂 Bierzmy przykład z hipopotamów 🙂

IMG_ - 1

IMG_ - 2 (2)

IMG_ - 3 (1)

IMG_ - 3

IMG_ - 4

IMG_ - 5

IMG_ - 6

IMG_ - 7

Hipom to dobrze tak wygrzewać się na słonku 🙂