Rodzaje dyskryminacji…

Usłyszałam wczoraj historię jednej z moich klientek. Wspaniała dziewczyna, serdeczna i zawsze uśmiechnięta, chociaż ja w jej oczach widzę smutek.

Po wielu latach pracy poprosiła szefową o podwyżkę, nie dostała jej z odrażającego powodu. Bo nie ma dzieci. Co to kurwa za powód? Podwyżki nie dostaje się za złą pracę, za lekceważenie pracy, przełożonych i współpracowników a najważniejsze klientów.

Ja wiem i jestem pewna, że jej prymitywna szefowa też wie, że największe marzenie naszej bohaterki to być Mamą. Ale nawet gdyby nie wiedziała to nie jest powód, żeby nie dać podwyżki.

Byłam w podobnej sytuacji. Byłam dyskryminowana. Byłam wykorzystywana, pracowałam po godzinach w dni robocze, w wolne dla mnie weekendy i święta. W dniu Wigilii musiałam wysyłać przelewy firmowe lub raporty o obrotach. Nie udzielano mi urlopu. Inne dziewczyny brały wolne dni w najróżniejszych terminach, bo przecież mają dzieci.

znam to uczucie

Tak często spotykamy się my „nie mamy” z różnego rodzaju dyskryminacją. Zdarzało się tracić przyjaźnie, dlatego, że przyjaciółka zapomniała o mnie gdy zaszła w ciążę. Najbardziej bolało, gdy dowiadywałam się o jej stanie ostatnia. Zawsze słyszałam to samo: „nie wiedziałam jak ci powiedzieć”, „nie chciałam ci robić przykrości”. Tak straciłam przyjaciółkę, która była dla mnie jak siostra. Podczas naszej wieloletniej przyjaźni zawsze żaliłam się jej jak mnie boli to, że dowiaduję się tego ostatnia. Godzinami płakałam u niej zajadając żal. Błagałam ją, że jak będzie w ciąży, żeby powiedziała mi od razu. Dowiedziałam się ostatnia. Bo zapomniała o obietnicy. To boli.

To, że popłaczę w domu to nie znaczy, że nie cieszę się z jej szczęścia. Popłaczę nie z zazdrości tylko z żalu, że moje szanse maleją.

Siedziałam kiedyś w poczekalni do ginekologa. Wizyty były opóźnione. Przede mną jeszcze dwie panie. Wchodzi kobieta i mówi, że ona musi wejść bez kolejki, ponieważ ma zagrożoną ciąże i potrzebuje pilnej wizyty. Ok, wpuściłyśmy ją. Kobieta kobietę zrozumie. Weszła kolejna pani zgodnie z kolejnością potem następna. Myślę teraz moja kolej. Nagle w drzwiach pojawia się nowa pacjentka i wchodzi bez kolejki, bo w ciąży. Ok, kobieta kobietę zrozumie. Czyli już 1,5 h opóźnienia. W poczekalni zostałam sama. Wchodzi do poczekalni kolejna pani i pyta czy ja jestem w ciąży, bo ona tak i z błogim uśmiechem głaszcze zaokrąglony brzuch. Ja z krzywą miną siląc się na uśmiech nie bardzo wiem co powiedzieć. Wychodzi z gabinetu asystentka lekarza i wywołuje przyszłą mamę. A ja siedzę. Pytasz dlaczego siedzę, nic nie powiem? Bo pomijając, że z asertywnością nie mam nic wspólnego to jeszcze czuję się pusta w środku. Nie kobietą, nie zasługuję na swoje miejsce, bo nie jestem w ciąży, bo jetem gorsza od tych zapłodnionych, nic nie warta. I czekam i słyszę z gabinetu śmiech i radość i bicie dziecięcego serca. A u mnie w brzuchu nic, echo. I gryzę pięść, żeby zagłuszyć własne wycie. Tak, u ginekologa też doświadczyłam dyskryminacji.

Kobieta kobietę zrozumie?

Nie zawsze.

Teraz, po latach gdy wiem, ze już za mną nadzieja jestem silna. Już nie proszę o to żeby nie być ostatnią. Nie czekam na zrozumienie. Ale ja też nie rozumiem. Jeżeli czuję się w tej sprawie dyskryminowana po prostu to mówię. Może czasem zbyt agresywnie, ale w tym przypadku mam to w dupie.

Poruszyła mnie historia mojej klientki, bo wiem, że nas jest więcej. Wiem, ze jesteśmy pomijane, lekceważone lub niewidoczne.

Jesteśmy kobietami wartościowymi, często z pasjami, marzeniami, planami na przyszłość. Często ze smutkiem w oku, którego nie chce otoczenie zrozumieć i uszanować. Jesteśmy wartościowymi babkami, które mają dużo do powiedzenia światu. Nie lekceważcie nas. Nie omijajcie, bo spotkacie się z tym, że my ominiemy was.

Moja bohaterka rzuciła pracę. Brawo.

Nie, nie będę Himba :)

Opuwo, czy wiecie gdzie jest Opuwo? Pojęcia nie miałam, ale i nigdy się nad tym nie zastanawiałam, a w Opuwo ciekawe toczy się życie 🙂 Oj ciekawe.

Za górami za lasami i za pustyniami leży małe miasteczko, nazywa się Opuwo. Małe, czerwone ziemiste miasteczko, w którym żyją trzy ciekawe plemiona. Gdybym tam nie była, gdybym wcześniej nie oglądała programu Martyny Wojciechowskiej to nawet nie wiedziałabym, że coś takiego jest możliwe.

IMG_ - 1 (9)

Pewnego dnia, podczas wspaniałej wyprawy po Namibii dotarliśmy na północny wschód tego pustynnego kraju. Miałam zaszczyt, tak tak zaszczyt poznać piękne i dumne kobiety plemienia Himba. Zwyczaje ich są dla mnie dość hmmm dziwne, ale na tym polega też piękno podróży, żeby szanować zwyczaje innych ludzi.

IMG_ - 1 (10)

Spełniło się moje marzenie i poznałam Himbę, byłam w ich wiosce, zaprosili mnie do domu pokazując swoje życie.

Pojechaliśmy do nich z darami, bo nadal nie korzystają z pieniędzy. Oczywiście cywilizacja dociera wszędzie, ale one naprawdę dbają o swoją tradycję. Są dumne ze swojego wyglądu, z resztą uważam, ze są piękne. Nie zasłaniają piersi, chodzą wymalowane tak jak nakazuje zwyczaj.

Od początku.

Himba

Kiedy mała dziewczynka dostaje pierwszej miesiączki czy ładniej mówiąc menstruacji, przestaje się myć. Staje się kobietą. Wtedy ma prawo przedłużać włosy i formować charakterystyczne dla nich pędzle z włosów. Nigdy więcej się nie umyje, za toaletę służą jej specjalna skała, która pochodzi z okolic Angoli, którą ucierają oraz tłuszcz, często zwierzęcy ale i roślinny. Mieszanka ta nabiera rdzawo czerwonego koloru. Kobieta codziennie rano naciera się taką mazią wszędzie, wszędzie to wiadomo, ze nie omija żadnych okolic prawda? No więc naciera się wszedzie i to jest jakby toaleta, następnie rozpala w specjalnym naczyniu rośliny o mocnym ziołowym aromacie i okadza każdą część ciała, każdą to też wiemy, że żadnej okolicy ciała nie omija 🙂 I w ten sposów jest gotowa na przyjście męża i nie tylko, po prostu jest po porannej toalecie 🙂

Szanuję ich tradycję, naprawdę. Uwielbiam ich dumę i powagę, ale nie będę nigdy Himba. Posmarowała mi dziewczyna przedramię, dwa dni nie mogłam się domyć. No dobrze, wiem, gdybym została Himbą to już nie miałabym kłopotu z niedomywaniem, ale ja Himbą nie zostanę :).

Jest też Herero.

I tu jest nieco łatwiej. Kobiety z tego plemienia już nie mieszkają w szałasach  uwaga… myją się. Chodzą w charakterystycznych ogromnych sukniach i dość niespotykanych na świecie czepcach? Sama nie wiem jak to nazwać, nazwijmy to nakryciem głowy, bez kombinacji. Przypomina on rogi woła czy byka a może krowy. W każdym razie jakby miało rogi. A to znowu pokazuje jak ważne dla nich jest bydło, zamożność człowieka i jego wartość określa ię po ilości posiadanych krów. Ota takie plemię. Ciekawe i równie dumne co Himba.

Kiedy Himba zakocha sie w Herero, kąpie się, ubiera w suknie i prowadzi życie godne kobiet Herero. Jednak gdy Herero zakocha się w Himbie przejmuje wszelkie zwyczaje tego plemienia opowiedziane jak wyżej 🙂

Niesamowite miejsce, absolutnie fantastyczne. Uważam, ze jeżeli ktokolwiek może pozwolić sobie na przyjazd do Namibii to koniecznie musi to miejsce odwiedzić. Sam Pan Himba mówi, e cywilizacja wkracza i nawet oni mimo, ze dumni to są zmuszeni przez życie korzystać z lekarzy, szpitali banków czy telefonów komórkowych i trudno im się dziwić. My nie potrafimy już żyć bez komórkowego telefonu i internetu, więc nie możemy wymagać, żeby oni żyli bez takich samych udogodnień.

A no tak, oczywiście panowie Himba ubrani są jak każdy inny mężczyzna. Nie mają ludowego stroju. Wiadomo 🙂

Który Park wybrać?

Właśnie pisałam program dla kolejnej grupy, która jest zainteresowana safari i przyszła mi do głowy pewna myśl.

Południowa Afryka jest ogromna, ma wiele atrakcji, pięknych miejsc do zaoferowania. Samych parków jest kilka, no i właśnie tu pojawiła się moja dzisiejsza myśl, który park lubię najbardziej hmm… sama nie wiem. Uwielbiam być w Krugerze, ta roślinność, zmieniające się krajobrazy, bliskie obcowanie z dzikimi zwierzętami jest absolutnie, ale to absolutnie wspaniałe, ale … jest też Transgraniczny Narodowy Park Kgalagadi, jest Park Narodowy Karoo, Addo Elephant Park i inne.

Właśnie popijając pokrzywkę (zawiera dużo żelaza) poszukałam w swoich przewodnikach parków RPA. Ok, ok jak zaczęłam liczyć, to tutaj ograniczę się do rozmyślania nad Parkami z Wielką Piątką lub zbliżoną do Wielkiej Piątki 🙂 🙂 🙂

Wracając do moich przemyśleń. No to nadal nie wiem…

Jest Addo Elephant Park, ale on wydaje się mały. Piękne pagórkowe tereny, widoki,  ale lwice z obrożą jakoś mnie raziły, szkoda mi ich było. Niestety słonie też tam są inne, afrykańskie, ale inne. Niestety na tak małym terenie, mieszają się ze sobą i wystąpiła wada genetyczna i nie mają ciosów. Jak tak na nie patrzyłam to jakby szczerbate były. Biedne są, bo przecież słonie uwielbiają obskubywać korę z drzew, a robią to ciosami.

No sama nie wiem.

Park Krugera jest wyjątkowy, ale jest już sporo turystów, restauracje są komercyjne, często wytropienie dzikiego kota zaczyna się od obserwacji czy jest duże skupisko samochodów. Jednak ja kocham Krugera, za tereny i widoki, za słonie, które właśnie w tym parku wydają się być naprawdę u siebie. Mogłabym tam jeździć non stop, w każdej wolnej chwili. Turystom też szczerze poleciłabym Krugera. Nawet nie przeszkadza ilość samochodów, bo znamy drogi gdzie nadal w ciszy i samotności mamy możliwość obserwacji zwierzat a nawet wypicia kawy. Uwielbiam pogawędki ze strażnikami, obsługą parku, prawdziwa księga wiedzy.

No ale uwaga !!

W tym roku poznałam Park Kgalagadi i przepadłam.

Zakochałam się w Parku Kgalagadi. Jest to pustynny, gorący teren.  Jechałam, jechałam, jechałam pustynną drogą pośrodku niczego i nagle… LEW!!! Piękny Lew Pustyni Kalahari. Szok, piach, upał pył i lew. Przepadłam. Ludzi, turystów jak na lekarstwo, w sklepie spożywczo, elektryczno, grillowym wybór tak albo nie 😀 Czyli moja dieta wegetariańsko – bezglutenowa wystawiona na ciężką próbę, ale było pięknie. W kampie jesz tak jak na żaglach z moim Tatą, jesz jak sobie ugotujesz 🙂 Ale było pięknie. Nie ma internetu, nie ma sygnału w telefonie, więc raczej organizm nie choruje 🙂 Już nie wspomnę, że o telewizji czy radiu to można zapomnieć jeszcze przed bramami parku. Było pięknie.

Zafascynował mnie jeden kamp, hmm, po zmroku nie wolno wychodzić z domków, bo kamp nie ogrodzony, a w końcu żyją tam lwy, lamparty i inne drapieżniki, ale stojąc na ziemi poza domkiem taras i przejście do kuchni  jest na wysokości uda.  Wspaniale, dzikość dzikość i dzikość 🙂

Ok, czy wiecie, że gdy chcecie zabezpieczyć się przed wpełzaniem węży to pokoju to trzeba obsikać murek? Tak jest ? Czy znowu Andrzej mnie wkręcił? Nie, nie uwierzyłam i nie sikałam. Zamknęłam się szczelnie i dokładnie. 🙂

Nie ma moich ukochanych słoi w Parku Kgalagadi, ale są lwy i przepiękne Oryxy, o matko jakie one są piękne 🙂 Czy mówiłam, że nie ma za dużo ludzi przez co teren wydaje się bardziej dziki? Lwy też wydają się bardziej dzikie. Nawet Andrzej kozak w Afryce przestraszył się lwa idącego obok samochodu. 😀 Niby sobie obserwuje, ja robię zdjęcia, rozmawiamy, ale gdy lew był już na wysokości Andrzeja drzwi to sama mu ręka poleciała, żeby przymknąć okno 🙂 Widok bezcenny 😀 Ale żeby nie było ja węże oglądałam przy całkiem zamkniętych oknach 🙂 Wiadomo? Jeszcze się rzuci? 🙂

Pięknie było. Daleko, dziko, gorąco i pustynnie, ale warto przeżyć taką przygodę i poczuć Afrykę 🙂

Nie nie wybieram żadnego parku, każdy ma urok i coś innego do zaoferowania. Wszystkie parki są piękne i ciekawe. Wracam do pracy nad programem 🙂 Miłego wieczoru 🙂

 

spokój, z czym kojarzy mi się spokój…

Dziś mnie olśniło i muszę o tym koniecznie napisać.

W moim życiu słonie są wszędzie tzn. w głowie, w sercu, na wisiorku na szyi, na bransoletce, którą mam zawsze na ręku gdy wychodzę z domu, bo to taki mój talizman.

Tak, owszem zawsze piszę o afrykańskich słoniach, bo je znam i kocham i nawet myślę, że warto napisać o różnicach między słoniem afrykańskim a indyjskim, ale to nie dziś.

Dziś chcę napisać o olśnieniu.

Siedzę w domu w piękny i spokojny majowy poranek ( 23 stopni mimo wczesnej pory), słucham koncertu łąkowych i leśnych ptaków i pomrukiwań śpiących obok psów i oczywiście myślę o Afryce, o mojej ogromnej miłości. I pierwsza myśl jaka przychodzi mi to głowy to busz, Narodowy Park Krugera wcześnie rano, gdy jeszcze słońce nie wypaliło chmur, gdy zwierzęta dopiero się budzą i antylopy odczuwają ulgę, że przetrwały noc. Czuję w myślach zapach buszu. Uwielbiam moment wyjeżdżania w busz i uczucie rześkiego poranka na ramionach, czasem zapach kawy i żartobliwe tworzenie listy co dziś koniecznie musimy zobaczyć. Tak jakby rzeczywiście dało się to zaplanować 🙂 Przecież wiadomo, że nie 🙂

Ale gdy myślę „spokój” mam w głowie słonie. I to mnie dziś olśniło. Ja kocham słonie, bo czuję od nich spokój. Gdy patrzę na słonie, czuję miłość, troskę i niezachwiany spokój. Słonie raczej nie mają przeciwnika w naturze poza niestety człowiekiem i cywilizacją, ale mówię tu o drapieżnikach. Wiadomo, że słoń jest największy i nie musi o nić walczyć. Udziela mi się ich troska o bliskich, zawsze są razem, troszczą o rodzinę i o członków stada. Nie spieszą się . Gdy patrzę na ich ruchy czuję jak ważna jest dokładność i spokojne ruchy. Mi często zdarza się robić coś chaotycznie, w nerwach. Tu strącę, tam zbije. A one nie, one maja ruchy powolne, ale zdecydowane, widziałam jak matka uczy dziecko zrywać listki z krzaków. Spokojnie i cierpliwie, gdy mały się rozpraszał ona trąbą przyciągała go z powrotem. Gdy czują, że ktoś narusza ich przestrzeń dadzą znać, że im się to nie podoba, ale tez nie atakują. Po prostu uprzedzają o tym, że za blisko. One są potwornie skupione, nie wiem na czym, ale ich oczy są skupione i spokojne.

Oczywiście miałam do czynienia z szarżującym słoniem, ale gdy nie walczą o terytorium ich spokój i dostojność jest magiczna.

One uczą mnie spokoju, udziela mi się ich piękny, niezakłócony spokój.

Dlatego o słoniach będzie jeszcze nie raz, ale słonie są u mnie wszędzie. W głowie, w sercu, na wisiorku na szyi, na bransoletce, którą mam zawsze na ręku gdy wychodzę z domu bo to taki mój talizman.

Jedna jaskółka czyni wiosnę

Szukam świata,

w którym jedna jaskółka 

czyni wiosnę

Gdzie szewc chodzi w butach

Gdzie jak Cię widza 

to Dzień Dobry

Szukam świata

w którym

Człowiek człowiekowi 

człowiekiem. 

Dlatego opowiem Wam o Panu Tadeuszu.

Nie wiem ile ma lat, nie znam jego historii, ale on zostanie w moim sercu na zawsze. Człowiek znikąd, niewyróżniający wśród ludzi. Cichy, skromny człowiek aż do bólu, w poczekalni starego szpitala czeka z nami na spóźnionego lekarza. Wszyscy jesteśmy sobie równi, niezależnie od wieku, płci, pochodzenia i statusu, jesteśmy pacjentami tego samego szpitala, oddziału, jesteśmy równi. Rozmawiamy głośno, ponieważ niektórzy nie słyszą dobrze, ale i humory dopisują więc opowiadamy sobie różne historie i żarty. A pan znikąd siedzi obok i gdybym go nie zaczepiła to pewnie nie odezwałby się ani słowem. Ja jestem gaduła, od niedawna odkopuję dawną Amelię, więc coraz częściej wszędzie mnie pełno. Nawet nie pamiętam o czym zagadałam do Pana obok, chyba coś o tym czy też ma zakroplone oczy. Nigdy, przenigdy nie sądziłabym, że od tych paru słów zmieni się moje myślenie, jakby mnie ktoś obudził z twardego snu. Zaczęliśmy rozmawiać, ja gaduła, on potwornie skrępowany. Inni oczywiście nie zwrócili uwagi na mojego rozmówcę. A my po prostu rozmawialiśmy. Na początku o okulistach, o cukrzycy i jej objawach i nagle On mówi mi, że od lat codziennie przed snem myśli, że jutro będzie dobry dzień, że wszystko będzie dobrze. Aż mnie zatkało, przecież widać na kilometr, że to chodząca samotność i skromność, a on mi mówi, że od lat przed snem myśli, że jutro będzie dobry dzień?!? Skąd ty się wziąłeś człowieku ?!? To ja młoda, zdrowa codziennie zamartwiam się wszystkim, stresuję każdą materią na tym świecie, a Ty biedo chodząca mówisz mi spokojnie z uśmiechem wynurzającym się spod długich wąsów, że codziennie wierzysz, że jutro wszystko będzie dobrze?!?
Poczułam wstyd, że tak nie można, nie mogę marnować życia, zwyczajnie nie mam do tego prawa.
I tak jak nagle zaczęliśmy rozmawiać, tak nagle przestaliśmy. Po prostu musiałam po badaniu wracać do siebie, ale coś we mnie już pękło. Po prostu już nie mogłam się na niczym skupić, odnalazłam tego pana na oddziale w sali numer pięć. Siedział skulony przy szpitalnej szafeczce i jadł ten okropny ryż z jabłkami, który dali nam na obiad. Jadł i jakby się modlił, nie prosząc o nic. Po prostu tam był. Weszłam do sali i zapytałam o imię, na imię ma Tadeusz. Gdy mnie zobaczył, był tak zaskoczony, że aż zaniemówił. Powiedziałam mu, że piszę dzienniki i opisuję zdarzenia, historie, a także piszę o wyjątkowych ludziach, których jest mi dane spotkać na swojej drodze. A przecież on mi powiedział wiersz w poczekalni Tuwima o spóźnionym słowiku.
Nie wiem ile Pan Tadeusz ma lat, pewnie ze dwa razy więcej ode mnie, ale dzięki niemu zrozumiałam, że czas wziąć się za siebie i szanować to co mam. Cieszyć się każdym dniem. Nie jestem w stanie opisać, a nawet nazwać tego w myślach jak bardzo się ucieszył, gdy zapytałam czy mogę czasem wysłać do niego list z Afryki lub innego miejsca na ziemi, ta jego radość pomieszana z niedowierzaniem, że ktoś się przy nim zatrzymał i zauważył. Zapytał cicho, aż poprosiłam o powtórzenie, czy mogłabym czasem na trzy minuty zadzwonić i powiedzieć jak było w podróży.
A ja skarżę się na samotność?
Łóżko pościelone idealnie, na kocu równo ułożony stary, wysłużony modlitewnik, szampon, stara książka, chyba kryminał, długopis i on skromnie pochylony nad talerzem ciepłego ryżu.
Poczułam wstyd. Wstydziłam się samej siebie. Jak mogę się skarżyć na samotność, jak mogę myśleć, że jest źle. Owszem jest trudno, ale czy aż tak? Czy bardziej niż Panu Tadeuszowi?
Czy ze mną jest coś nie tak, że nie potrafię przejść obojętnie? Czy potrafimy dostrzegać ludzi ciekawych, ale tak bardzo skromnych. Czy ten świat pochłonął już delikatność i wrażliwość a pozostawił gonitwę za dobrobytem i prześciganie czasu jakby doba musiała być dłuższa?
Czy jestem odmieńcem, dziwadłem, że porusza mnie człowiek, który cieszy się ze zwykłej rozmowy z drugą osobą? Nie wiem, ale dobrze mi z tym. Taka jestem, pokrzywiona, dziwna, inna.
I napiszę list do Pana Tadeusza, żeby mógł poczuć, że nie jest całkiem sam na tym świecie.
Taka jestem. Amelia

co ja widziałam i ile poznałam ….

Polska przywitała mnie dość ponuro. Ciemno, mokro i deszczowo. 12 stopni!! to straszne.
W Afryce rozkwita wiosna, upał, słońce i radość. Bo w Afryce jest fajnie 😉
Ale jestem tutaj i mimo lekkiego zmęczenia mam ogromną ochotę wszystko opowiedzieć.
KOCHAM AFRYKĘ, Południową Afrykę to wiadomo, ale też zakochałam się w Botswanie.

Nie wiem od czego zacząć? Od początku? to banalne… A może od tego najbardziej…? to za szybko 🙂

Zacznę od tego co w duszy gra, a grają słonie 🙂 Było ich mnóstwo. W Krugerze, w Botswanie przy rzece Chobe i w Okavango. Nie było ich w Kgalagadi Park oraz Karoo National Park, ale to zupełnie inna historia 🙂

Gdy widzę słonie to jestem jak zaczarowana. Nawet goście z naszych grup szybko zorientowali się, że gdy pojawiają się słonie to koniec… Amelii nie ma 🙂 No nie umiem się powstrzymać 🙂 Serio.

Były przy kampie, setki słoni. Były w rzece i przy rzece. W buszu uczyły małe do czego właściwie jest ta trąba 🙂
Na instagramie Kenako wstawię filmik, na którym widać, że wszystkie słonie nabierają wodę trąbą a jeden maluch patrzy, patrzy i nie kuma. Po co ta trąba? Więc zaczął ją machać i chlapać 🙂 Ale to chyba nie o to chodziło 😀 😀 nauczy się maleństwo na pewno 🙂

O słoniach opowiem jeszcze wiele razy. Teraz pokażę Wam kilka zdjęć 🙂


 

 

Byłam w słoniowym raju 🙂

Każde zwierze jest piękne nawet Bawół

Bawół – kolejny przedstawiciel Wielkiej Piątki.

img_-1-6
Opisywałam już słonie i uczciwie mówię, że słonie są moją ogromną miłością i jeszcze nie raz o nich napiszę.
Ale dziś będzie o Bawołach.

img_-1-7

img_-1-1

Specjalnie piszę wielką literą, bo one wzbudzają we mnie jakiś taki sama nie wiem… no w każdym razie czuję, że powinnam pisać z dużej litery.
Jest to ogromne zwierzę. Dorosły samiec waży około tonę. Jest to rodzaj bydła, ale jako jedyne z tego gatunku, którego nie dało się udomowić. Szczerze mówiąc nie dziwię się.

img_-6

img_-5

img_-5-1
Zaliczany jest do 5 najniebezpieczniejszych zwierząt Afryki. Ja osobiście jakoś nie czuję się komfortowo jak jestem zbyt blisko nich. Coś w tych oczach jest strasznego dla mnie 🙂

img_-1

Tutaj właśnie był bardzo blisko mnie i nie chronił mnie samochód. Przyznam szczerze, że panikowałam.

img_-2
Charakterystyczną cechą Bawołów są ich rogi potocznie nazywane hełmem. Ja jako kobieta wiszę w tym dziwnie zaczesaną i zastygłą grzywę 🙂 No przyjrzyjcie się sami 🙂
Im starszy osobnik tym twardszy i grubszy hełm.

img_-1-4

img_-2-1

img_-3

img_-1-5
Czasami zdarzało nam się znaleźć w środku stada, czasami przecinały nam drogę. Zawsze jednak czułam ich siłę.
Niestety na Bawoły dość często polują dorosłe lwy i zazwyczaj w grupie, bo nie jest łatwo powalić tak ogromne zwierze.

Niestety też statystyki mówią, że od Bawoła ginie około 200 osób rocznie. Jednak ja nadal uważam, że zwierze najpierw ostrzeże zanim zaatakuje, więc nie wiem w jakich okolicznościach zginęło te 200 osób.

img_-1-2

W każdym razie ja czuję respekt i nie zamierzam wchodzić im w drogę.

img_-4

img_-1-3

img_-4-1

img_-2-2

Krótko mówiąc moim zdaniem to takie brzydale bez których afrykański krajobraz dużo straciłby na swoim uroku. One muszą być.

My z Andrzejem mówimy w żartach, że to afrykańska Tatanka 🙂

Uwielbiam takie miejsca

Kiedy ktoś pyta mnie co najbardziej kocham w Południowej Afryce, bez zastanowienia odpowiadam, że ludzi. I o tym na pewno jeszcze nie raz napisze.

Jednak jest jeszcze coś. Są to takie chwile jak ta:

Gdzieś nie wiadomo gdzie. Jechaliśmy i jechaliśmy. Podziwiałam przyrodę i widoki, była wiosna i wszystko wyglądało przecudnie.

IMG_ - 1 (1)

Dotarliśmy do miejsca, które pokochałam od razu. U podnóża gór mała chatka, a w chatce mała babka z przepięknym i życzliwym uśmiechem. Starsza pani, która robi swoje kremiki i bibeloty, chętnie zaparzy kawę plujkę, bo innej nie ma i ciastkiem czekoladowym poczęstuje. Kocham takie miejsca.

Siedzieliśmy pod drzewkiem pijąc kawkę i nawet przez chwilkę nie pomyślałam, że gdzieś jest coś innego na świecie. Ta chwila była magiczna.

IMG_ - 1

Kawka przygotowana najlepiej jak się da. Ceratka lekko poplamiona, drobne drzazgi w stole, ale to nie było ważne i wcale nie przeszkadzało wręcz pasowało do całości. Najważniejszy był jej uśmiech, entuzjazm i przyroda.

IMG_ - 2

IMG_ - 4

Nawet niebo było piękne i magiczne.

IMG_ - 3

A oto sklepik naszej kochanej gospodyni i jej pyszne mandarynki w zalewie, aromatyczne octy i oleje. IMG_ - 6

IMG_ - 5

IMG_ - 8

Uwielbiam to. Kawa przygotowana w kubku umytym w miedniczce z płynem, przetwory zrobione własnoręcznie szanując tradycje z dziada pradziada. I ten serdeczny uśmiech…

Ale najlepszy był sos! Na początku zastanawiałam się czy rzeczywiście zawieszony jest papier toaletowy, ale tak! To papier, bo jak zjesz to będzie piekło dwa razy ha ha ale się uśmiałam. Kupiłam. IMG_ - 9

IMG_ - 7

I jak tu jej nie kochać, Afryki i jej mieszkańców?

Dlatego, gdy ktoś pyta co kocham w Afryce, odpowiadam ludzi, bo ludzie tworzą takie miejsca jak to.

o marzeniach, o których nawet nie marzyłam

Czasami życie kieruje nas w inną stronę niż zamierzamy iść. I choć nie od razu rozumiemy znaczenia tych zdarzeń z czasem może okazać się, że spełniło nasze ogromne marzenie, o którym nawet nie śmieliśmy śnić. Tak było ze mną i moją Afryką. 

Kiedy pierwszy raz leciałam do Afryki było mi ciężko, ponieważ ta podróż oznaczała nie spełnione inne wielkie nadzieje. Jednak gdy pierwszy raz poczułam zapach, słońce na skórze i atmosferę Afryki , wiedziałam, że być tutaj było moim przeznaczeniem. 

W tej chwili ogólnie opowiem Wam co pokochałam w Afryce. Jednak obiecuję, że wpisów o Afryce będzie dużo więcej. 

Pokochałam zapach. Zapach rozgrzanej słońcem ziemi i zapach buszu o wschodzie słońca. Zapach rozgrzanej ziemi to uczucie upału, suszy i poszukiwania wody. To busz lub pustynia zastygła w oczekiwaniu na cień i wieczorne ochłodzenie. To tak jakbyś całym sobą chłonął ciszę napotkaną gdzieś z dala od problemów i pędzie w świecie. 

Pokochałam słońce, które otula całe ciało jak ramiona Matki. Budzisz się rano i widzisz niebo usłane chmurami, ale to nie jest nic złego, wiesz, że słońce za chwilę wypali chmury i ukarze bezkres błękitnego nieba. Często mam wrażenie, że niebo jest jakieś większe niż w Europie. Słońce świeci wyżej, a chmury są ogromne, aż po horyzont. 

Bardzo pokochałam ludzi i ich różnorodność. Zawsze powtarzam, że w Afryce nikt nie jest dziwny, „inny”, ponieważ tam nie ma norm. Można żyć w zgodzie ze sobą, swoją wiarą, poglądami i orientacją, stylem życia i ubierania. Nie ma norm. 

Pokochałam ludzi za ich serdeczność i jakąś taką ciekawość. 

Pokochałam widoki. Przestrzeń i drogi bez końca. 

Południowa Afryka, Namibia, Botswana to mój świat.

Afryka jest we mnie. 

Nie raz opowiem o podróżach po tym niesamowitym kawałku świata. 

Kaśka @pudelija

Kaśki książkę kupiłam już dawno, jeszcze dłużej obserwuję ją na Instagramie @pudelija. 

A post o niej tu na blogu chodzi mi po głowie odkąd usłyszałam, że są na świecie, ba, w Polsce ludzie, którzy mają czelność oblewać ją hejtem. 

Jednak gdy siadałam do pisania, każde słowo i zdanie wydawało mi się za małe, za błahe. Że Kaśka zasługuje na więcej.

Kaśka. 

Wiem o niej tyle co sama chce nam pokazać na Instagramie. Może wiem trochę więcej, bo przeczytałam jej książkę. I nie mogę pojąć, że człowiek ma w sobie tyle ciepła, miłości i radości z życia mimo tak wielu cierpień. Nawet nie wiedziałam w tym swoim 44 letnim życiu, że tak się da. 

Bo Kaśka nie jest zwyczajną kobietą. Jest piękna, mądra, dobra i czuła. Najbardziej na świecie kocha swoją Mamę bohaterkę, swojego chłopaka (od niedawna narzeczonego) Sławka i psy Bersa i Ritę. Nie wiem czy w takiej kolejności, ale to już jej trzeba byłoby zapytać. Tylko po co. 

Kaśka przeszła tyle bólu i cierpienia, że nawet nie potrafię tego wszystkiego przytoczyć ani zapamiętać nowotworów i chorób z jakimi się zmaga. Od dziecka cierpi na ogrom schorzeń, które złamałoby nie jednego z nas. A ona daje radę. Na szczęście czasem płacze, to pozwala mi poczuć, że jest człowiekiem z krwi i kości. Bo inaczej myślałabym, że to Anioł. 

Kaśka.

Walczy. Razem ze swoją Mamą bohaterką stworzyły dom w Warszawie, bo było bliżej do szpitali w Warszawie. Teraz tworzy dom ze Sławkiem, który kocha ją najbardziej. Wczoraj piekła makowca i pokazywała etapy pieczenia. Widać było jak Sławek przekłada masę do tortownicy, bo Kaśce nie jest łatwo jedną ręką. I mnie to wzrusza. Bo wiem, że on z ogromną miłością i cierpliwością zadba o nią nie tylko podczas pieczenia ciasta, ale też pomoże w higienie osobistej, w ubieraniu, ogarnianiu domu i w ciepłych słowach. Bo Kaśka wymaga pomocy we wszystkim i on o tym wiedział od początku. Są ze sobą na dobre i na złe. 

Książka. 

Przeczytałam ją w kilka godzin. Totalnie mnie pochłonęła. Piękna opowieść. „Oto jest Kaśka” Sylwi Stano. 

Opisana jest historia bardzo walecznej dziewczynki, później kobiety, która mimo chorób, mimo bólu żyje skromnie dbając o każdy swój dzień i bliskich. Historia opowiada o jej bólu i radości, o miłości matczynej i do chłopaka tej romantycznej. Książka wzrusza i uczy pokory. Bo ta pokora jest nam wszystkim bardzo potrzebna. 

Po przeczytaniu książki o Kaśce jest mi wstyd, że często załamuję się i użalam nad sobą. Pamięć o niej stawia mnie do pionu. Bo każdy z nas ma prawo do słabszych dni, do chęci schowania się przed światem. Ale po lekturze o Kaśce tych dni jest u mnie dużo mniej. Bo trzeba żyć, bo jest później niż nam się wydaje, bo z życia nie ma powtórek. 

Przeczytaj książkę o tej niezwykłej kobiecie. O trzydziestolatce, dla której każdy dzień jest radością. 

Kasia, mała wielka kobieta. 

No i Bers, nie można zapomnieć o Bersie.

Bers bohater. Rudy pudel, który jako pierwszy w Polsce pies tej razy został psem asystującym. To za sprawa Kasi uporu i ogromnej miłości do swojego psa. Jest wyjątkowy. 

„To Sławek najczęściej wychodzi z psem, ale są też sytuacje, w których Bers odciąża Sławka. Bers pomaga, kiedy przez gorset Kaśka nie może się schylić. Przynosi, podaje. Szuka kapci, szuka coli. Podaje butelkę. Otwiera i zamyka drzwi. Pomaga się rozbierać. Ściąga skarpetki i rękawy. Przynosi buty. Trzyma rzeczy w sklepie. Nosi koszyk. Pomaga otwierać portfel w sklepach. 

Pomaga w sytuacjach, w których Kaśka czuje się bezradna, na przykład Sławek wychodzi, jej chce się pić, a butelka z piciem stoi na szafce nocnej. Dzieli ją od butelki niewiele, dwa metry, ale może na nią tylko patrzeć.” 

cyt z książki „Oto jest Kaśka” Sylwia Stano.

Zawsze na biurku mam stos książek, notesów, które są moją inspiracją. Motywują i pokazują, ze warto. I na tym stosie, na samej górze od kilku dni leży książka o Kaśce. Dobrze mi z nią. 

Inspirowana naturą codziennie szukam piękna w ludziach, życiu.